poniedziałek, 27 maja 2013

Pius XII - Do uczestniczek Kongresu Włoskiej Katolickiej Unii Położnych (29 X 1951).











PIUS XII

Do uczestniczek Kongresu Włoskiej Katolickiej Unii Położnych - 29 X 1951





Taki oto jest przedmiot waszego zawodu; taka tajemnica jego wielkości: czuwać troskliwie nad ową przedziwną i milczącą kołyską, w której zarodkom złożonym przez rodziców Bóg daje duszę nieśmiertelną, udzielać waszej opieki matce i przygotowywać szczęśliwe urodzenie się dziecka, które matka w sobie nosi. Skoro się rozważy tę przedziwną współpracę rodziców, Boga i przyrody, dzięki której na świat przychodzi nowa istota ludzika, stworzona na obraz i podobieństwo Boże (Gen. 1, 26 - 27), jakże można by nie doceniać tej wielkiej współpracy, jaką wy, położne, dodajecie do tego dzieła? Heroiczna matka Machabeuszów mówiła do swoich dzieci: "Nie wiem, jak się ukazaliście w żywocie moim, bo nie ja ducha i duszę wam darowałam i życie i każdego członki nie ja spoiłam; ale Stworzyciel świata, który sprawił człowiecze narodzenie i który wynalazł poczęcie wszystkich rzeczy". (2 Mach. 7, 22). Dlatego każdy, kto się zbliża do kołyski rodzącego się życia i przy niej w ten, czy inny sposób pracuje, powinien poznać ten porządek, który z woli Bożej ma tam być zachowany; powinien poznać prawa, które rządzą tym porządkiem. Nie myślimy tu o prawach wyłącznie fizycznych, biologicznych, którym z konieczności podlegają czynniki bezrozumne i ślepe siły, ale mówimy o prawach, których wykonanie i skutki powierzone są wolnej i dobrowolnej współpracy człowieka. Ten porządek sprawny, ustanowiony przez najwyższy Rozum, prowadzi do celów zamierzonych przez Stwórcę. Obejmuje on pewne zewnętrzne czynności człowieka oraz wewnętrzną decyzję wolnej woli; obejmuje wykonanie i zaniedbanie tych praw. Przyroda oddaje na usługi człowieka cały łańcuch związanych ze sobą przyczyn, z których łącznego działania ma powstać nowe życie ludzkie. Jest obowiązkiem człowieka uruchomić działanie tych sił i przyczyn, a do przyrody należy całe dalsze działanie i doprowadzenie do zamierzonego celu. Skoro człowiek spełnił swoje zadania i wprawił w ruch cały cudowny rozwój życia, jest jego obowiązkiem uszanować bieg tego rozwoju. Nie wolno mu więc wstrzymywać tego biegu przyrody i przeszkadzać naturalnemu rozwojowi życia.
Udział natury i udział człowieka są więc wyraźnie określone. Wasze wykształcenie zawodowe i doświadczenie umożliwiają wam rozpoznanie tego co działa przyroda, oraz tego co działa człowiek. Wy znacie prawa i normy, które rządzą przyrodą i człowiekiem. Sumienie wasze, oświetlone światłem rozumu i światłem wiary, pod kierunkiem władzy, ustanowionej przez Boga, uczy was, jak daleko sięga działanie dozwolone a gdzie zaczyna się ścisły obowiązek niedopełnienia czynów zakazanych.
W świetle tych właśnie zasad - zamierzamy teraz podać wam niektóre uwagi o apostolstwie, do którego zobowiązuje was zawód. Każdy zawód, z woli Bożej spełniany, zawiera jakąś misję, ma w sobie jakieś posłannictwo, które trzeba spełniać w wykonaniu praw zawodowych wedle myśli i zamierzeń samego Stwórcy. Czasem trzeba ludziom pomóc, by zrozumieli swój zawód, to jest zawarte w nim sprawiedliwe i święte plany Boga i dobro, jakie dla nich samych wyniknie z wykonania woli Stwórcy.

I. Apostolstwo zawodowe położnych to najpierw działanie ich osobowości


Dlaczego ludzie używają waszej pomocy? Dlatego, bo są przekonani, że znacie swoją sztukę, wiecie, czego potrzebują matki i dziecko, na jakie oboje są narażeni niebezpieczeństwa, jak te niebezpieczeństwa usunąć lub przezwyciężyć. Oczekuje się od was rady i pomocy, naturalnie nie absolutnej, ale w granicach ludzkiego rozumu i ludzkiej możliwości, odpowiednio do postępu i stanu obecnej nauki i praktyki położniczej.
To wszystko, czego ludzie spodziewają się po was. Ponieważ ludzie mają do was zaufanie, więc wszystko, co możecie dać ze siebie, to sprawa zaufania do waszej osoby. Wasza osoba zresztą musi budzić zaufanie i to, żeby pokładane w was zaufanie nie było zawiedzione, jest nie tylko waszym żywym pragnieniem, ale także postulatem waszego urzędu, a stąd obowiązkiem sumienia. Dlatego to macie obowiązek uczyć się jak najwięcej i wejść aż na szczyt specjalnej nauki położniczej.
Wysoka wiedza zawodowa jest postulatem i formą waszego apostolstwa. Jeśli w waszym wykształceniu zawodowym okażą się braki, to jakże wasze wypowiedzi w sprawach moralnych i religijnych, związanych z pracą zawodową, będą mogły budzić zaufanie u ludzi? Wasze wystąpienia w dziedzinie moralnej i religijnej będą miały większą wagę, jeśli wy będziecie umiały dla nich nakazać szacunek przez swoją wyższość w pracy zawodowej. Do przychylnej opinii, którą zdobędziecie swoimi zasługami, dołączy się przekonanie, że chrześcijaństwo nie jest wcale przeszkodą w wartościowym wykonaniu zawodu, ale owszem, jest podnietą do pracy i gwarancją jej doskonałości. Ludzie zobaczą wyraźnie, że w wykonywaniu zawodu macie świadomość odpowiedzialności wobec Boga, że w waszej wierze w Boga znajdujecie najsilniejszą pobudkę do pracy z tym większym poświęceniem, im większe są potrzeby - że wasz stanowczy opór przeciw nierozumnym i niemoralnym żądaniom (skądkolwiekby one pochodziły), opiera się na solidnym fundamencie religijnym. Waszą odpowiedzią w tych wypadkach będzie spokojne, niezachwiane "n i e".
Starajcie się poznać siebie, jakimi jesteście co do waszego osobistego życia, czym jesteście w dziedzinie nauki i doświadczenia. Zobaczycie jak ludzie, ot tak z dobrego serca, będą wam powierzać opiekę nad matką i dzieckiem, jak następnie spełniać będziecie głębokie, milczące apostolstwo, niezwykle skuteczne apostolstwo chrześcijaństwa przeżywanego w pracy i w życiu. Jakże wielki, zaiste, może być wpływ moralny czynności zawodowych, wpływ przy tym człowieka na człowieka, jeśli praca zawodowa opiera się przede wszystkim na dwóch podstawach, którymi są: prawdziwy humanizm i prawdziwe chrześcijaństwo!

II. Drugą cechą waszego apostolstwa będzie: gorliwość w zachowaniu wartości ludzkiego życia i jego obrona.


Trzeba koniecznie świat współczesny pozyskać dla naszej sprawy potrójnym świadectwem: rozumu, faktów, serca. Wasz właśnie zawód stwarza możliwości dania światu tego potrójnego świadectwa. Jest to nawet obowiązkiem waszego zawodu. Czasem jedno wprost słowo, powiedziane w odpowiedniej chwili, z taktem do ojca lub matki, osiągnie już ten cel. Lepiej i jeszcze skuteczniej będzie wpływać na drugich całe wasze zachowanie się i postępowanie, ciche, dyskretne, nacechowane poczuciem odpowiedzialności. Wy, lepiej, niż inni, poznacie i ocenicie, czym jest samo w sobie życie ludzkie, co jest warte w świetle zdrowego rozumu, wobec sumienia, wobec społeczeństwa, Kościoła a zwłaszcza wobec Boga! Wszystkie rzeczy na ziemi Bóg stworzył dla człowieka. Człowiek zaś, w tym, co się tyczy jego istoty i istnienia, stworzony jest dla Boga, a nie dla jakiegoś stworzenia, chociaż jeśli chodzi o jego działania, ma obowiązki wobec społeczności. Otóż "człowiekiem" jest także dziecko, nawet nienarodzone! Jest człowiekiem w tym samym stopniu, z tego samego tytułu, co matka!
Dalej, każda istota ludzka, także dziecko w łonie matki, ma do życia prawo bezpośrednie od Boga, nie od rodziców, ani nie od jakiejś społeczności ludzkiej czy ludzkiego autorytetu. Wobec tego żaden człowiek, żadna ludzka władza, żadna nauka, żadne względy lekarskie, eugeniczne, socjalne, moralne, ekonomiczne nie mogą stanowić jakiegoś ważnego tytułu prawnego do bezpośredniej ingerencji w sprawie innego życia ludzkiego, czyli nikt i nic nie może uprawnić decyzji zmierzającej do zniszczenia życia wprost jako celu, albo jako środka do innego celu, który sam przez się byłby może nawet niezakazany.
Na przykład, ratować i zachować życie matki to cel bardzo szlachetny. Ale zabicie wprost dziecka jako środek do tego celu nie jest dozwolone. Bezpośrednie zniszczenie życia, tzw. życia "bez wartości", narodzonego lub nienarodzonego, od niedawna masowo praktykowane, nie może być w żaden sposób usprawiedliwione. Dlatego też Kościół zaraz oświadczył zupełnie formalnie, że zabijanie niewinnych ludzkich istot, chocieżby obciążonych jakimiś brakami fizycznymi czy psychicznymi i z tego względu "nieużytecznymi" dla społeczeństwa, a nawet stanowiącymi dlań ciężar, jest przeciwne prawu naturalnemu i pozytywnemu prawu Bożemu i jako takie niedozwolone, chociażby było polecone przez jakiś publiczny autorytet. (Św. Officium, 2 XII 1940 : AAS 32 (1940) 553 - 554). Życie niewinnego dziecięcia jest nietykalne!
Jakikolwiek nań bezpośredni atak, każda usiłowana agresja przeciw życiu dziecka jest pogwałceniem jednego z praw fundamentalnych, bez których niemożliwe jest bezpieczne współżycie pomiędzy ludźmi. Nie potrzebujemy chyba uczyć was szczegółowo o wielkim znaczeniu i doniosłości tego prawa w waszym zawodzie. Zapamiętajcie to dobrze: ponad wszelkimi "prawami" ludzkimi, ponad wszelkimi "wskazaniami" wznosi się nienaruszalne prawo Boże!
Apostolstwo waszego zawodu nakłada na was obowiązek uczenia innych o wartości życia ludzkiego, szacunku dla tego życia, takiego szacunku, jak wy same macie na podstawie waszych zasad chrześcijańskich. Do obowiązków waszego apostolstwa należy brać to życie w razie potrzeby w obronę, chronić bezbronne, jeszcze nienarodzone niemowlę, gdy to okaże się konieczne i będzie w waszej mocy, a tę obronę prowadzić będziecie w oparciu o silę i moc Bożego prawa: "Nie zabijaj!" (Ex. 20, 13). To zadanie obrony stanie nieraz przed wami jako sprawa pilna i najkonieczniejsza. Nie będzie to część najszlachetniejsza i najważniejsza waszego posłannictwa. Bo wasza misja nie jest tylko negatywna, bierna! To praca przede wszystkim konstruktywna, to dążenie do rozwoju życia, budowanie życia i wzmacnianie życia! Dla życia jesteście!
Wlewajcie więc do dusz i serc matki i ojca cześć i szacunek dla niemowlęcia od jego pierwszego kwilenia. Uczcie ich pragnienia posiadania dzieci, uczcie radości, jaką daje dziecko, uczcie przyjmowania dzieci z radością i miłością! Dziecię powstałe w łonie matczynym, to dar Boga! (Ps. 126, 3). To Bóg powierza je opiece rodziców. Z jaką subtelnością, w jaki czarujący sposób opisuje Pismo św. uroczy wieniec dzieci zebranych przy stole u boku ojca. Dzieci to nagroda dla sprawiedliwych. Niepłodność to często kara za grzechy. Słuchajmy, jak poetycznie mówi o tych sprawach natchnione słowo Psalmu (127, 3 - 4): "Żona twoja będzie jako płodny krzew winny - we wnętrzu domu twego. Synowie twoi jako latorośle oliwne wokoło stołu twego". O złych zaś napisano: "Dzieci jego niech poginą, w jednym pokoleniu niech wygaśnie imię jego". (Ps. 108, 13).
Skoro tylko dziecię urodzi się, zaraz, jak to czynili dawni Rzymianie, złóżcie je w ręce matki i w ramiona ojca, uczyńcie to z jeszcze większą niż tamci, wzniosłością ducha! Niechże rodzice uświadomią sobie godność i wielkość swego rodzicielstwa, dostojność i powagę władzy, jaka stąd wynika. Niech ten akt będzie aktem wdzięczności dla Stwórcy, wezwaniem błogosławieństwa Bożego, zobowiązaniem do godnego spełnienia zadań, które im Bóg zwierzył. Jeśli Chrystus chwali i nagradza wiernego sługę za to, że powierzone mu talenty przyniosły owoc (Mt. 25, 21), to jakie pochwały, jakie nagrody przeznaczył dla ojca, który zachował i wychował powierzone mu życie ludzkie, a więc wartość wyższą ponad wszelkie złoto całego świata?
Apostolstwo wasze kieruje się głównie ku matce. W matce przemawia silnie głos przyrody, budzi w jej sercu pragnienie dziecka, radość i miłość ku dziecku, wolę i odwagę do rodzenia dziecka i zajęcie się nim później. Matkę atakują jednak z różnych stron sugestie małoduszności i dlatego trzeba wzmocnić głos przyrody i dodać mu akcentu nadprzyrodzonego. I to właśnie wy macie sprawić mniej słowami, ale więcej całym waszym zachowaniem, tak, by młoda matka zasmakowała w pełnieniu swego wielkiego zadania, w wielkości, piękności, wzniosłości dawania życia, które się w niej poczęło, które nosi w swym łonie, piastuje w swoich ramionach. To wy macie sprawić, żeby w jej oczach i w jej sercu pięknością i wzniosłością zajaśniał dar Boga dla niej i jej dziecięcia. Pismo św. podaje rozliczne przykłady błagalnych próśb matek o potomstwo i radosne śpiewy matek wysłuchanych po długim okresie błagania wśród łez o dar macierzyństwa. Boleści, które jako następstwo grzechu pierworodnego wycierpieć musi matka przy wydawaniu dziecka na świat, nawiązują jeszcze silniejsze węzły jedności pomiędzy nią a dzieckiem. Matka miłuje dziecko tym więcej, im więcej kosztowało ją boleści. Z głęboką prostotą i w sposób wzruszający mówi o tym Ten, który stworzył serce matki, Jezus: "Niewiasta, gdy rodzi, boleje, bo nadeszła jej godzina, ale, gdy porodzi dziecię, już nie pamięta swego ucisku z radości, że się człowiek na świat narodził". (Jan 16, 21). Duch Święty słowami Pawła Apostoła wykazuje wielkość matki i radości macierzyństwa. Bóg obdarza matkę dziecięciem, ale już w tym obdarzeniu powołuje ją do współpracy w rozwinięciu tego kwiatu, którego zarodek złożył w jej łonie. To współdziałanie matki stanie się dla nie drogą do wiecznej szczęśliwości: "zbawiona będzie przez rodzenie dzieci", (l Tym. 2, 15). Doskonała zgodność rozumu i wiary w tych sprawach daje wam gwarancję, że posiadacie pełną prawdę, że możecie dalej pełnić wasze apostolstwo i zabezpieczać rodzące się życie. Jeśli uda się wam pomyślnie spełnić to wasze apostolstwo przy kołysce noworodka, to nie będzie zbyt trudno w innych sprawach osiągnąć to, co w nich zaleca wasze sumienie, zgodne z prawami Boga i prawami natury, dla dobra matki i dziecka.
Sądzimy, że wam, doświadczonym w tych sprawach nie trzeba już wykazywać, jak konieczne jest to apostolstwo szacunku i miłości dla nowego życia. Dzisiaj bardzo brak właśnie szacunku i miłości dla dziecka. Dzisiaj nierzadkie są, niestety, wypadki, w których nawet ostrożne powiedzenie o tym, że "dzieci są błogosławieństwem", wywołuje u ludzi sprzeciwy, a nawet kpiny. Więcej mówi się o tym, że "dzieci to ciężar, kłopot wielki". Jakże bardzo taka mentalność, takie wypowiedzi sprzeciwiają się myśli Bożej, Pisma św., zdrowemu rozsądkowi i przyrodzonym uczuciom?! Jeśli czasem zdarzą się takie okoliczności, w których rodzice, bez naruszenia prawa Bożego, mogą uniknąć tego "błogosławieństwa", jakim są dzieci, to te rzadkie wypadki siły wyższej nie upoważniają nikogo do wypaczania zasad, do pogardzania matką, która miała odwagę i ambicję dać życie dziecku! Jeśli to, cośmy dotąd mówili, odnosi się do zachowania życia przyrodzonego dziecięcia, to tym bardziej to wszystko domaga się zachowania życia nadprzyrodzonego, które noworodek otrzymuje podczas Chrztu św. Nie mamy bowiem teraz innego sposobu udzielaniu tego życia dziecku, które jeszcze nie doszło do używania rozumu. Posiadanie przez człowieka stanu łaski w chwili śmierci jest bezwzględnie konieczne do zbawienia. Bez łaski nie można osiągnąć szczęśliwości wiecznej, nadprzyrodzonej, dojść do błogosławionego widzenia Boga. Dorosłemu wystarcza w chwili śmierci (gdy nie ma możności otrzymania sakramentów świętych) jeden akt miłości dla zdobycia łaski uświęcającej i uzupełnienia braku Chrztu świętego. Dla dziecka nienarodzonego lub dla noworodka ta droga nie jest możliwa. Jeśli się zważy, że miłość bliźniego nakazuje udzielić pomocy bliźniemu w razie koniecznej potrzeby, i że ten obowiązek jest tym większy i pilniejszy, im większe jest dobro do zdobycia lub zło do uniknięcia, oraz im mniej potrzebujący sam jest zdolny do pomagania sobie lub do ratowania siebie to łatwo zrozumieć wielkie znaczenie Chrztu świętego dla dziecka znajdującego się w obliczu śmierci. Obowiązek zajęcia się tą sprawą spoczywa najpierw na rodzicach dziecka. Będą jednak wypadki nagłe, gdzie nie można ani chwili zwlekać, gdy nie można natychmiast sprowadzić kapłana. Wtedy i do was należy wzniosły obowiązek udzielania Chrztu świętego. Nie zaniechajcie więc tej sprawy i z wielką ochotą i miłością udzielajcie Chrztu świętego i w ten sposób czynnie wykonujcie wasze apostolstwo zawodu. Pociechą i zachętą niech będą słowa Pana Jezusa: "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". (Mat. 5, 7). Czyż może być miłosierdzie większe i piękniejsze nad zabezpieczenie dziecku możliwości wejścia do wiecznej szczęśliwości w chwili przekroczenia progu śmierci?!

III. Trzecie oblicze waszego apostolstwa to opieka nad matką przez ochotną i wielkoduszną pomoc w pełnieniu jej funkcji macierzyńskich.


Gdy tylko przebrzmiały słowa Archanioła Gabriela, Najświętsza Maryja Panna, odpowiedziała: "Otom ja służebnica Pańska, niechaj mi się stanie według słowa twego". (Łk. 1, 38). Oto wspaniałe słowo "Fiat", jedno "tak" w odpowiedzi na powołanie do macierzyństwa! A było to macierzyństwo dziewicze, wyższe niż wszelkie inne, jednak macierzyństwo rzeczywiste, w pełnym i właściwym tego słowa znaczeniu, (cfr. Gal. 4, 4). Dlatego przy odmawianiu modlitwy "Anioł Pański" po wspomnieniu zgody Maryi, wierni zaraz głoszą: "A Słowo stało się ciałem!" (Jan 1, 14).
Jedną z podstawowych zasad porządku moralnego jest ta, że używaniu praw małżeńskich odpowiada szczere, wewnętrzne przyjęcie czynności i obowiązków macierzyństwa. Kobieta idzie drogą wyznaczoną jej przez Stwórcę, do celu, który sam Stwórca wyznaczył stworzeniu. Do wykonania tych czynności Bóg udziela kobiecie uczestnictwa w swojej dobroci, mądrości i wszechpotędze, wedle zapowiedzi Archanioła: "Poczniesz w łonie i porodzisz". (Łk. 1, 31).
Jeśli więc taki jest fundament biologiczny waszej działalności, to przedmiotem najważniejszym waszego apostolstwa będzie tak działać, żeby utrzymać, rozwinąć, pobudzić u kobiet zmysł macierzyństwa i umiłowania do spełnienia macierzyństwa.
Gdy małżonkowie wysoko sobie cenią zaszczyt budzenia nowego życia i rozwoju jego troskliwie oczekują, wtedy praca wasza będzie łatwa. Wystarczy pielęgnować w nich te uczucia, a skłonności do przyjęcia i opiekowania się noworodkiem wynikną już same przez się. Niestety, często bywa całkiem inaczej. Dziecko nie jest pożądane. Co gorzej, ludzie boją się dziecka; Jakże w takich warunkach może zaistnieć gotowość przyjęcia macierzyństwa? Tu właśnie wasze apostolstwo ma rozwinąć skuteczną akcję. Zacznie się ona od tego, że nie udzielicie współpracy do żadnego czynu niemoralnego. Następnie, działać będziecie pozytywnie, a więc postaracie się, żeby w sposób umiejętny, delikatny, wytrwały usunąć uprzedzenia, mylne pojęcia, małoduszne, pozorne względy. O ile to będzie w waszej możliwości, pomóżcie do usunięcia przeszkód zewnętrznych, jakimi mogą być różne kłopoty, ciężary materialne związane z macierzyństwem. Jeśli więc będzie ktoś u was szukał rady i pomocy, by doprowadzić do urodzenia dziecka i by jego życie bronić, to bez zastrzeżeń będziecie współdziałać! Ale jakże w wielu wypadkach udadzą się do was ludzie, byście im pomogły w przeszkodzeniu urodzenia się dziecka, byście zahamowały rozwój płodu, nie zważając wcale na prawa wynikające z porządku moralnego? Spełnienie tych żądań byłoby poniżeniem waszej nauki i umiejętności zawodowej, stałybyście się współwinnymi czynów niemoralnych! Byłoby to przekreślenie całkowite waszego apostolstwa! W takich wypadkach wymaga się od was, byście się zdobyły na spokojne, ale kategoryczne "N i e", które nie pozwala na przekraczanie praw Bożych i nakazów sumienia. Wasz zawód zobowiązuje was do jasnego poznania tych praw Bożych, byście innych uczyły poszanowania praw i przykazań Bożych.
Nasz wielkiej pamięci Poprzednik, Pius XI, w swej encyklice Casti Connubii (O Małżeństwie), wydanej 31. XII. 1930 r., ogłosił na nowo uroczyste fundamentalne prawa współżycia małżeńskiego. Wszelki zamach małżonków na sam akt małżeński, na konsekwencje naturalne tegoż aktu, wszelki zamach w kierunku pozbawienia aktu współżycia jego naturalnej mocy przyrodzonej, przeszkodzenie w powstawaniu życia, jest niemoralny! Żadne zalecenia, żadna konieczność nie może zmienić czynności wewnętrznie niemoralnej w czynność moralna dozwolona. (AAS 22 (1930) 259n.).
Zasady te zachowują swoją pełną wartość tak samo dzisiaj, jak ją miały wczoraj i jak ją będą miały jutro i na zawsze, bo to nie jest jakiś nakaz ludzki, ale to jest wyrażenie prawa natury, prawa Bożego!
Te nasze słowa niechże więc będą zupełnie pewną normą w tych wszystkich wypadkach, w których wasz zawód i wasze apostolstwo wymagać będą od was postanowień jasnych i pewnych.
Czymś o wiele gorszym, niż zaniedbanie gotowości w służbie życia, byłby zamach człowieka nie na jeden tylko akt współżycia małżeńskiego, ale na sam organizm ludzki, by przez sterylizację pozbawić go zdolności płodzenia nowego życia. Nauka Kościoła i w tej sprawie podaje jasne i wyraźne normy postępowania. Sterylizacja umyślna, bezpośrednia, zmierzająca do uniemożliwienia płodzenia, jako do środka, albo do celu, jest ciężkim naruszeniem praw moralnych i dlatego jest niedozwolona. Żaden autorytet publiczny nie ma prawa, nawet pod pozorem jakichkolwiek zaleceń pozwalać na ten zamach na organizm ludzki, a tym mniej ma prawo nakazywać sterylizację lub wykonywać ją ze szkodą dla niewinnych. Zasadę tę ogłasza już encyklika Piusa XI o "Małżeństwie" (str. 564 - 565 tamże). Gdy w ostatnich latach coraz częściej stosowano sterylizację, Stolica Apostolska była zmuszoną do ogłoszenia ponownie, wyraźnie, publicznie zasady, że sterylizacja bezpośrednia, czy to na zawsze, czy okresowo, mężczyzny, czy kobiety, jest niedozwolona na mocy praw naturalnych, od których jak wiadomo, Kościół nie ma władzy dyspensowania (Dekret Św. Officium 22 luty 1940 - AAS 32 (1940) 73).
Przez wasze apostolstwo sprzeciwiajcie się, w granicach waszych możliwości tym zgubnym i przewrotnym dążnościom i odmawiajcie w nich waszego udziału!
Staje przed nami inny znowu problem, bardzo poważny: czy i o ile obowiązek gotowości do macierzyństwa da się pogodzić z coraz częstszym w naszych czasach uciekaniem się do okresów naturalnej niepłodności u kobiety, co byłoby niedwuznacznym wyrażeniem woli przeciwnej tej dyspozycji natury.
Słusznie oczekuje się od was, że jesteście dobrze uświadomione co do strony medycznej tej nowej teorii i co do postępów, jakich w tej dziedzinie może jeszcze poczynić nauka. Oczekuje się także od was, że wasze w tej sprawie porady i czynności nie będą opierać się na jakichś popularnych broszurach, ale na obiektywnym naukowym sądzie poważnych i sumiennych specjalistów w dziedzinie medycyny i biologii. Jest obowiązkiem waszym, nie kapłana, pouczać o tych sprawach małżonków, albo prywatnie, albo przez publikacje, mówić im o stronie biologicznej i technicznej tej teorii. Nie dajcie się jednak wciągnąć w propagandę, która nie będzie and sprawiedliwa, ani godziwa. Ale także w tej sprawie wasze apostolstwo domaga się od was, jako kobiet i chrześcijanek, byście poznały zasady moralne, odnoszące się do stosowania tej teorii i byście umiały tych zasad bronić. A tu kompetentny jest jedynie Kościół.
Należy rozważyć dwie możliwości. Jeżeli stosowanie tej teorii oznacza tylko tyle, że małżonkowie mogą używać praw swoich w dniach niepłodności naturalnej, to nie zgłaszamy żadnego sprzeciwu. Bo wtedy małżonkowie ani nie przeszkadzają, ani nie przesądzają wypełnienia aktu naturalnego i jego dalszych, naturalnych konsekwencji. Stosowanie teorii różni się istotnie od wyżej omówionego nadużycia samego aktu. Jeżeli jednak ktoś idzie dalej, tj. dozwala na akt tylko wyłącznie w dniach niepłodności, wtedy takie zachowanie się małżonków musi być dokładniej zbadane.
Tu znowu mamy dwie możliwości. Jeśliby już przy zawieraniu małżeństwa jedno przynajmniej z małżonków miało intencję ograniczyć prawo małżeńskie do samych tylko dni bezpłodnych, tak, że w innych dniach druga strona nie miałaby nawet prawa domagać się tego aktu, to stanowiłoby to brak istotny w konsensie małżeńskim. Pociągałaby to nieważność samego małżeństwa, ponieważ prawo, wynikające z kontraktu małżeńskiego jest prawem stałym, nieprzerwanym, nie mogącym być udaremnionym przez żadną ze stron małżeństwa.
Jeśli zaś to ograniczenie aktu małżeńskiego tylko do dni naturalnej bezpłodności nie odnosi się do samego prawa, ale tylko do używania tego prawa, to ważność małżeństwa nie ulega wątpliwości. Moralna dozwoloność takiego postępowania może być potwierdzona, lub zaprzeczona, zależnie od tego, czy zachowanie trwałe okresów niepłodności opiera się lub nie opiera na motywach moralnych wystarczających i pewnych. Sam fakt, że małżonkowie nie naruszają natury samego aktu i gotowi są przyjąć i wychować dziecko, które mimo ich "ostrożności" przyszłoby na świat, sam przez się nie wystarcza, by zagwarantować uczciwość ich intencji i moralność motywów.
Dlatego tak sądzimy, bo małżeństwo zobowiązuje się do takiego stanu życia, które nadaje pewne prawa, ale każe także wykonywać zadania pozytywne, odnoszące się do samego stanu małżeńskiego. Możemy tu zastosować taką ogólną zasadę: jakiś czyn pozytywny może być opuszczony jeśli poważne motywy, niezależne od dobrej woli tych, którzy są do tego czynu obowiązani, okazują, że ten czyn nie jest na czasie, że nie jest pożądany teraz, - albo motywy te dowodzą, że domagający się czynu pozytywnego (w tym wypadku: rodzaj ludzki, nie może ich słusznie się domagać).
Kontrakt małżeński daje małżonkom prawo do zaspokajania ich naturalnych skłonności, ale również stawia ich w nowym stanie życia, w stanie małżeńskim. Natura sama i jej Stwórca, nakładają na małżonków, czyniących użytek z aktu specyficznego tego stanu, obowiązkowe czynności dbania o zachowanie rodzaju ludzkiego. Jest to czynność charakterystyczna dla stanu małżeńskiego, jego specjalny wkład dla ludzkości, stanowi to wartość właściwą tylko temu stanowi, określa się to słowami:bonum prolis - potomstwo - życie potomstwa. Jednostka i społeczeństwo, naród i państwo, wreszcie sam Kościół, wszyscy w swoim istnieniu zależą od porządku ustanowionego przez Boga, od płodności małżeństwa. Dlatego wejście w stan małżeński, używanie małżeństwa w sposób jemu właściwy i w małżeństwie tylko dozwolony to spełnienie idei małżeństwa, danie potomstwa. Stałe i rozmyślne unikanie spełnienia aktu małżeństwa bez pełnienia jego celu właściwego, wykonywane bez poważnych motywów, byłoby grzechem przeciw samej idei małżeństwa, przeciw samemu celowi małżeństwa.
Od czynu pozytywnego, obowiązującego w małżeństwie, mogą kogoś zwolnić na dłuższy czas a nawet, na cały czas trwania małżeństwa tylko motywy bardzo poważne, ale nie te, które podają tzw. zalecenia, racje medyczne, eugeniczne, ekonomiczne, socjalne. Z tego cośmy wyżej powiedzieli, wynika, że zachowanie okresów bezpłodnych moralnie może być dozwolone w warunkach wyżej wspomnianych i rzeczywiście zachodzących u danych osób. Jeśli zaś wedle rozumnego i słusznego sądu, tych warunków nie ma, albo brak podobnych poważnych warunków osobistych lub wynikających z okoliczności zewnętrznych, wola unikania stale dni płodnych, by nasycić tylko zmysłowość, może pochodzić jedynie z fałszywego poglądu na świat, i życie, z motywów dalekich od prawowitych norm etycznych.
Może ktoś z was zauważy, że w waszej pracy zawodowej spotykacie jednak tak delikatne wypadki, "w których nie można wymagać narażania się na ryzyko macierzyństwa, że raczej należałoby go w ogóle unikać". "Zachowanie dni bezpłodnych nie daje zresztą dostatecznej gwarancji, albo też z innych względów nie można go zastosować". W takim wypadku powstaje pytanie: czy w ogóle można wtedy mówić o apostolstwie w służbie macierzyństwa?
Jeżeli zaś, wedle waszego pewnego sądu opartego na doświadczeniu, dane warunki wymagają absolutnie powiedzenia "nie", czyli wykluczenia macierzyństwa, to wtedy byłoby błędem przymuszać kogoś lub doradzać "tak". Będzie wtedy chodzić o wypadki pojedyncze, konkretne, nie o kwestię teologiczną, lecz o kwestię medyczną, a ta sprawa należy do waszej kompetencji. W takich wypadkach małżonkowie pytają was nie o stanowisko medycyny z konieczności negatywne, ale szukają u was uznania dla pewnej "techniki" współżycia małżeńskiego, zabezpieczającej przeciw ryzyku macierzyństwa. I tak znowu jesteście wezwane do pełnienia apostolstwa. Nie zostawiajcie więc pytającym nawet cienia wątpliwości co do tego, że nawet w tych ostatecznościach wszelkie sposoby zapobiegające poczęciu, wszelki zamach na życie i rozwój płodu są zakazane i wykluczone przez samo sumienie. Zostaje tylko jedna możliwa droga, to jest zupełna wstrzemięźliwość od pełnienia aktu małżeńskiego. Wasze apostolstwo obowiązuje was, żebyście w tych sprawach miały sądy zupełnie jasne a w ich wypowiedzeniu zachowały spokój i stanowczość.
Zarzuci ktoś może, że taka wstrzemięźliwość jest niewykonalna, że to heroizm niemożliwy do praktykowania. Usłyszycie tego rodzaju zarzuty, będziecie je wszędzie czytać, może nawet będą one głoszone przez takich, którzy z obowiązku i kompetencji, inaczej powinni by mówić.
Podaje się często na to taki dowód: "Nikt nie jest obowiązany do rzeczy niemożliwych. Nie można przypuścić, żeby jakiś rozumny prawodawca chciał swoimi prawami zobowiązywać do rzeczy niemożliwych. Dla małżonków abstynencja na dłuższą metę jest niemożliwa. A więc nie są do niej obowiązani. Prawo Boże nie może nakładać takich zobowiązań".
Otóż z przesłanek częściowo prawdziwych wyprowadza się tu wniosek całkowicie fałszywy. Wystarczy przestawić człony argumentacji, by się o tym przekonać. "Bóg nie nakazuje rzeczy niemożliwych. Ale Bóg zobowiązuje małżonków do wstrzemięźliwości, jeśli ich współżycie nie może być spełnione wedle praw natury. A więc w tych wypadkach wstrzemięźliwość jest możliwa. Na poparcie tego dowodu mamy naukę Soboru Trydenckiego. Powołując się na św. Augustyna uczy nas Sobór w rozdziale o koniecznym i możliwym zachowaniu praw Bożych: "Bóg nie nakazuje rzeczy niemożliwych, ale gdy nakazuje, poleca uczynić to, co możliwe, i Bóg pomaga, ażeby mógł to spełnić". (Conc. Trid. Ses. 6, c. 11 - Denz. 804; - Św. Aug. De natura et gratia, c. 43, n. 50 - Migne P. L. v. 44. col. 271). W praktykowaniu waszego zawodu i apostolstwa nie dajcie się więc nigdy sprowadzić na błędne drogi, ani jeśli chodzi o wasze zewnętrzne zachowanie się w tych sprawach, ani jeśli chodzi o wasze wewnętrzne przekonanie. Nie pozwólcie użyć się do jakiejś sprawy przeciwnej prawu Bożemu i waszemu chrześcijańskiemu sumieniu. Byłoby to wielką krzywdą dla współczesnych mężczyzn i kobiet, gdybyśmy ich uważali za niezdolnych do dłuższego trwania w heroizmie. W naszych czasach ludzie dla innych motywów, pod naciskiem twardej konieczności, może w służbie niesprawiedliwości - spełniają heroizmy w stopniu i w zakresie, o których dawniej mówiono by, że są niemożliwe. Dlaczegóż by heroizm w małżeństwie, jeśli naprawdę warunki go wymagają, miałby zatrzymać się u granic namiętności? Przecież to jest jasne, jeśli ktoś nie chce się opanować, że on mógłby się opanować! Kto zaś sądzi, że opanuje się tylko dzięki własnym siłom, bez szukania wytrwale i szczerze pomocy Bożej, ten będzie srodze zawiedziony.
Oto sprawy waszego apostolstwa, mającego prowadzić małżonków w służbie macierzyństwa, nie w sensie ślepej niewoli pod wpływem popędów natury, ale w wykonywaniu praw i obowiązków małżeńskich wedle zasad rozumu i wiary.

IV. Ostatnie wreszcie zadanie waszego apostolstwa to obrona słusznego porządku wartości jak i obrona osoby ludzkiej.


Tak zwane "wartości ludzkiej osoby", konieczność ich poszanowania, to sprawa, którą od kilkunastu lat coraz więcej zajmują się różni autorzy. W pismach swoich wyznaczają oni nawet samemu aktowi płciowemu osobne miejsce, tak by mógł służyć osobom małżonków. Ich zdaniem, sens właściwy, najgłębszy wykonywania prawa małżeńskiego miałby polegać na tym, że zjednoczenie dwóch ciał jest wyrazem i wypełnieniem duchowego, uczuciowego zjednoczenia dwóch osób.
Rozszerzaniu tych idei zwłaszcza t. zw. "techniki miłości", służą artykuły, broszury, całe dzieła, konferencje. Daje się w nich młodym matkom różne ostrzeżenia, narzuca się im "przewodników w małżeństwie" a wszystko w tym celu, żeby z bezmyślności, źle pojętej wstydliwości, wskutek nieuzasadnionych skrupułów, "źle nie użyli" tego, co im Bóg ofiaruje w małżeństwie, Bóg, który przecież stworzył także popędy naturalne. Jeśli z pełnego wzajemnego oddania się sobie małżonków powstaje nowe życie, to staje się ono wynikiem, który pozostaje poza, albo na peryferiach "wartości osoby". Wyniku tego (życia dziecka) nie zaprzecza się, ale ludzie sobie nie życzą, żeby on był w samym ognisku pożycia małżeńskiego.
Według tych teorii, wasze poświęcenie dla dobra życia ukrytego w łonie matki i dla stworzenia warunków sprzyjających szczęśliwemu porodowi miałoby znaczenie podrzędne, drugorzędne.
Otóż, jeśliby taka względna ocena akcentowała wartość osoby małżonków, więcej niż wartość potomstwa, można by bardzo ściśle rzecz biorąc, ocenę tę zostawić na boku. Tak jednak nie jest, tu chodzi o poważne przewrócenie hierarchii wartości i celów, ustanowionych przez samego Stwórcę. Stajemy tu wobec propagandy pewnego kompleksu idei i uczuć, które są czymś wręcz przeciwnym w stosunku do jasnych, głębokich i poważnych idei katolickich. Tu musi nastąpić interwencja waszego apostolstwa. To właśnie wam matki i małżonki powierzają swoje zwierzenia, was pytają o najintymniejsze sprawy z dziedziny pożycia małżeńskiego. Jakże wtedy, świadome swojego posłannictwa, utrzymacie na poziomie znaczenie i wartość prawdy, znaczenie właściwej hierarchii w ocenie czynów małżeńskich, jeśli wy same nie będziecie miały ścisłych wiadomości, nie będziecie umocnione stałością charakteru, konieczną do bronienia tego, co poznacie jako prawdę i sprawiedliwość?!
Prawda zaś jest taka: Małżeństwo jako instytucja naturalna, na mocy woli Stwórcy ma jako cel pierwszorzędny i istotny nie doskonalenie osobiste małżonków, ale rodzenie i wychowywanie nowego życia. Inne cele, chociaż także zamierzone przez naturę, nie są na tym samym stopniu, co cel pierwszorzędny, a tym mniej są wyższe od tego celu, ale raczej są mu istotnie podporządkowane. Te ważne zasady odnoszą się do każdego małżeństwa niepłodnego. Podobnie można by powiedzieć o każdym oku, że jest ukształtowane do widzenia, chociażby w pewnych anormalnych wypadkach, wskutek warunków wewnętrznych lub zewnętrznych, oko nie mogło odbierać wrażeń wzrokowych.
Dlatego też, żeby krótko i wyraźnie przeciąć wszelkie wątpliwości i manowce, które groziły rozszerzeniem się błędnych pojąć co do skali wartości celów w małżeństwie, co do wzajemnego do siebie stosunku tych celów. My sami ułożyliśmy przed kilku laty (10.3.1940) deklarację o hierarchii tych celów, wskazywaliśmy porządek objawiony przez sarną naturę, uznany przez tradycję chrześcijańską, zgodny z tym, czego stale uczyli Papieże, ujęty wreszcie w kodeks prawa kościelnego (kan. 1013, § 1). Niedługo zaś potem, Stolica Apostolską, aby usunąć błędne i sprzeczne opinie, w publicznym dekrecie oświadczyła, że nie godzi się na zdanie pewnych nowszych autorów, którzy nie uznają, że celem pierwszorzędnym małżeństwa jest płodzenie i wychowywanie dzieci, i nauczają, że cele drugorzędne nie są istotnie podporządkowane celowi głównemu, ale są równe i od niego niezależne. (S.C.S. Officii, 1 IV 1944 - AAS 36 (1944) 103).
Czyż przez to chcemy może zaprzeczyć, albo pomniejszyć to, co jest dobrego i sprawiedliwego w wartościach osobistych, wynikających z małżeństwa i jego wykonywania? Na pewno tak nie myślimy. Przecież do płodzenia nowego życia Stwórca przeznacza w małżeństwie istoty ludzkie, mające ciało i krew, ducha i serce, przecież to ludzie, a nie bezrozumne zwierzęta. Ci ludzie mają stać się twórcami swego potomstwa. Stwórca pragnie, by w tym celu stanowili jedność. Pismo święte mówi, że Bóg stworzył człowieka na obraz swój i podobieństwo swoje (Rodz. 1, 27), stworzył mężczyznę i kobietę, postanowił, co często powtarza Pismo św., że "człowiek opuści ojca i matkę, a przyłączy się do żony swojej i tworzyć będą jedno ciało". (Rodz. 2, 24, - Mat. 19, 5, - Efez. 5, 31).
Taka jest prawda, tak chciał Bóg, żeby było. Nie trzeba jednak spraw wtórnych odłączać od pierwszorzędnej funkcji małżeńskiej, to jest od służby dla nowego życia. Nie tylko wspólnota życia zewnętrznego, ale w ogóle całe ubogacenie osobiste, uposażenie duchowe i umysłowe, wszystko, co w małżeństwie jest tak wzniosłe i głębokie, wszystko z woli przyrody i z woli Boga ma służyć dobru potomstwa. Już z samej swej natury doskonałe życie małżeńskie to doskonałe pełne oddanie się rodziców dobru swoich dzieci. Miłość małżeńska w całej swej potędze i w całej subtelności jest sama w sobie postulatem ofiarnej troski o potomstwo, jest gwarancją wykonania tej troski. (Św. Tomasz, S. Th. 3 p. q. 29, a. 2 im c. Suppl. q. 49, a. 2 ad 1). Nie można jednak sprowadzać wspólnego mieszkania małżonków i spełnienia aktu małżeńskiego do samej tylko organicznej czynności zapłodnienia, gdyż byłoby to zburzeniem ogniska domowego, tej świątyni łaski Bożej, - przemianą w jakieś całkiem zwyczajne laboratorium biologiczne. Dlatego to w allokucji Naszej do Międzynarodowego Kongresu Lekarzy Katolickich (29 IX 1949) wykluczyliśmy z małżeństwa sztuczne zapłodnienie. Akt małżeński, tak jak go natura sformowała, jest czynnością dwóch osób, jest bezpośrednim, (równoczesnym współdziałaniem małżonków. To współdziałanie przez samą naturę działających osób oraz przez właściwość aktu samego, jest wyrazem wzajemnego oddania się, które, jak mówi Pismo św., sprawia jedność dwojga w "jednym ciele".
To wszystko jest czymś o wiele większym, niż samo złączenie się dwóch zarodków, które mogłoby się dokonać sztucznie, bez naturalnej czynności małżonków. Akt małżeński, z ustanowienia i z woli natury jest współdziałaniem osobistym, do którego małżonkowie w kontrakcie małżeńskim udzielają sobie wzajemnie prawa.
Gdy to działanie w swej formie naturalnej, od początku małżeństwa jest trwale uniemożliwione, to wtedy przedmiot umowy małżeńskiej jest obciążony istotnym brakiem. Powiedzieliśmy w r. 1949: "Nie należy zapominać, że jedynie urodzenie nowego życia, wedle woli i planów Stwórcy zawiera w sobie w przedziwnym stopniu urzeczywistnienie zamierzonych celów. Jest ono równocześnie zgodne z naturą cielesną i duchową i z godnością małżonków oraz z normalnym rozwojem dziecka (AAS 41 (1949) 560).
Powiedzcie tedy narzeczonej lub młodej mężatce, gdy przyjdą na rozmowę o celach i wartościach życia małżeńskiego, że walory (wartości) osobowe, osobiste, czy to z dziedziny ciała i zmysłów, czy z dziedziny duchowej, są rzeczywiście właściwe małżeństwu, ale w skali wartości Stwórca umieścił je nie na pierwszym, ale na drugim miejscu. Dodawajcie i taką drugą uwagę, której niestety grozi zapomnienie. Wszystkie wartości wtórne z dziedziny rozrodczej wchodzą w zakres obowiązków małżonków, gdyż mają stać się twórcami i wychowawcami nowego życia. Obowiązki to wielkie i wzniosłe!, chociaż nie należą do samej istoty pełni życia ludzkiego. Bo gdy nie dochodzi u człowieka do urzeczywistnienia naturalnej czynności rozrodczej, to nie oznacza to w żaden sposób jakiegoś pomniejszenia osoby ludzkiej. Wyrzeczenie się tego urzeczywistnienia, uczynione zwłaszcza z motywów najszlachetniejszych, nie jest pozbawieniem wartości osobowych i duchowych. O takim swobodnym wyrzeczeniu się z miłości dla Królestwa Bożego, powiedział Jezus: "Nie wszyscy to słowo pojmują, ale ci, którym jest dano" (Mat. 19, 11).
Dzisiaj bardzo często ponad miarę wynosi się samą czynność rozrodczą, nawet tę praktykowaną w słusznych i moralnych granicach pożycia małżeńskiego. Jest to błąd, aberracja, przewrotność. Tak bowiem powstaje niebezpieczeństwo zejścia na manowce duchowe i uczuciowe, tak mogą powstać przeszkody niszczące uczucia dobre, szlachetne zwłaszcza u młodzieży nie mającej doświadczenia, nie znającej rozczarowań, które przynosi ze sobą dalsze życie. Jakiż człowiek normalny, zdrowy duchowo i cieleśnie, chciałby należeć do tych, którzy cierpią na niedorozwój charakteru i ducha?
Oby wasze apostolstwo mogło tam wszędzie, gdzie wykonujecie wasz zawód, oświecać umysły, wpajać im sprawiedliwy porządek wartości, by ludzie z tym porządkiem uzgadniali swoje przekonania i swoje postępowania.
Ten Nasz wykład o apostolstwie waszym byłby niezupełny, gdybyśmy nie dodali kilku słów o obronie godności ludzkiej, w sprawie używania popędu rozrodczego.
Ten sam Stwórca, który w swej dobroci i mądrości raczył dla zachowania rodzaju ludzkiego posłużyć się pomocą mężczyzny i kobiety, łącząc ich w małżeństwo, ten sam Stwórca sprawił także i to, że małżonkowie w tych czynnościach doznają przyjemności i szczęśliwości cielesnej i duchowej. Gdy więc małżonkowie szukają i używają tych przyjemności nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, co im Stwórca przeznaczył.
I w tym jednak małżonkowie powinni umieć utrzymać się w granicach słusznego umiarkowania. Podobnie jak w używaniu jedzenia, i napojów, tak i w sprawach płciowych, nie powinni bez hamulców poddawać się popędom zmysłowym. Norma słuszności w tych sprawach niech będzie taka: Używanie naturalnej dyspozycji rozrodczej jest moralnie dozwolone tylko w małżeństwie, w służbie małżeństwa, wedle hierarchii celów małżeństwa. Wynika z tego, że tylko w małżeństwie i przy zachowaniu wyżej podanej normy dozwolone jest pragnienie i używanie przyjemności i ich zaspokajanie. Używanie rozkoszy podlega prawu działania, z którego to działania wynika rozkosz, a nie odwrotnie: działanie dla rozkoszy. To prawo, rozumnie tak wyraźnie uzasadnione, odnosi się nie tylko do samej substancji aktu, ale także do okoliczności działania. Czyli: zostając w granicach substancji aktu, można zgrzeszyć w sposobie dokonywania go.
Przekraczanie tej normy jest tak stare, jak sam grzech pierworodny. W naszych czasach grozi niebezpieczeństwo, że zatraci się sama norma! Nawet wśród katolików są tacy, którzy słowem lub pismem usiłują wykazać konieczność pewnej "autonomii", wskazać jakiś osobny cel, jakąś osobną wartość popędów płciowych, zmysłowości i jej wykonywania, niezależnie od płodzenia nowego życia. Ci ludzie chcą poddać nowym badaniom całą tą sprawę, chcieliby ustalić nowe normy w miejsce porządku ustalonego przez Boga. Nie uznają innego hamulca dla sposobu zadowolenia instynktu płciowego, jak tylko zachowanie samej istoty aktu pochodzącego z instynktu. Zamiast moralnego obowiązku panowania nad namiętnościami nastąpiłaby swoboda używania popędów i kaprysów natury na ślepo, bez żadnych hamulców. To wszystko, prędzej czy później może spowodować wielkie szkody dla moralności, dla sumień ludzkich i dla godności człowieka.
Jeśliby natura zmierzała wyłącznie, albo na pierwszym miejscu, tylko do wzajemnego oddania się i posiadania małżonków w radości i w miłości, - gdyby ten akt przeznaczyła tylko na to, żeby ich uczynić w najwyższym stopniu szczęśliwym w ich osobistym życiu - a nie po to, by małżonków pobudzić do służby nowemu życiu, - to Stwórca byłby ustanowił inny plan formowania i używania aktu płciowego. Tymczasem widzimy, że w nim wszystko podporządkowane jest i skierowane do jednego celu: urodzenie i wychowanie potomstwa, czyli do pierwszorzędnego celu małżeństwa, jako źródła i początku życia!
Potworne fale hedonizmu, dążenie do nasycenia rozkoszy, do wygodnictwa, atakują świat współczesny, grożą potopem myśli, pragnień i celów małżeństwa, a stąd grożą poważne niebezpieczeństwa i ciężkie szkody dla głównego celu małżeństwa.
Ten antychrześcijański hedonizm nie wstydzi się przedstawiać siebie w formie doktryny i wpajać ludziom pragnienie coraz większego przeżywania rozkoszy w przygotowaniu i wykonywaniu aktu pożycia małżeńskiego. Postępują - uczą tak - jak gdyby w pożyciu małżeńskim całe prawo moralne zajmowało się tylko regularnym wykonywaniem samego aktu, jak gdyby wszystko inne, jakkolwiek czynione, było już usprawiedliwiane przez samo wynurzanie wzajemnych uczuć, uświęcone przez Sakrament Małżeństwa, zasługując na pochwałę i nagrodę w obliczu Boga i sumienia. Odrzuca się zupełnie troskę o godność człowieka, godność chrześcijanina, a właśnie poczucie tych godności nakłada hamulce przeciw ekscesom zmysłowości.
Otóż nie można takich poglądów przyjąć! Wielkość i świętość moralnych praw chrześcijańskich zakazują niepohamowanego zaspokajania popędu płciowego, używania tylko rozkoszy. Prawa te nie pozwalają człowiekowi jako istocie rozumnej tak dalece dać się opanować namiętnościom co do samej substancji aktu, jak też co do okoliczności.
Niektórzy usiłują wykazać, że szczęście w małżeństwie zależy wprost od wzajemnego używania rozkoszy w pożyciu małżeńskim. Tak nie jest! Szczęście w małżeństwie jest wprost zależne od wzajemnego szacunku pomiędzy małżonkami, szacunku obejmującego także ich sprawy intymne. I jest tak nie dlatego, że mieliby uważać za niemoralne i odrzucać to, co im powierzają natura i jej Stwórca, ale dlatego, że ten szacunek, że ich wzajemna dla siebie cześć jest jednym z najsilniejszych czynników miłości czystej i przez to właśnie tym bardziej czułej i bardziej subtelnej.
W waszej więc pracy zawodowej, o ile tylko możliwe, przeciwstawiajcie się temu atakowi wyrafinowanego hedonizmu, pozbawionego wszelkich wartości duchowych i dlatego niezgodnego małżonków chrześcijańskich. Wykazujcie, jak natura dała rzeczywiście człowiekowi instynktowne pożądanie rozkoszy, jak je potwierdza w prawowitym małżeństwie, nie jako cel sam w sobie, ale jako służbę dla życia! Oddalajcie od waszych dusz wszelki kult rozkoszy, czyńcie wszystko, co możliwe, by przeszkadzać rozszerzaniu się literatury, która uważa się za uprawnioną do opisywania szczególików z intymnych przeżyć małżeńskich pod pozorem nauczania, kierowania, zabezpieczania małżonków. Dla zabezpieczenia zaniepokojonych sumień małżonków wystarczy przeważnie sam ich zdrowy rozum, ich naturalny instynkt, krótkie pouczenie o jasnych i prostych zasadach moralności chrześcijańskiej. Jeśliby w jakichś wyjątkowych wypadkach narzeczona, czy młoda mężatka potrzebowała wyjaśnień obszerniejszych to do was będzie należało podać im delikatnie wyjaśnienia zgodne z prawem i zdrowym sumieniem chrześcijańskim.
Cała ta Nasza nauka nie ma nic wspólnego z manicheizmem, czy jansenizmem, jak to niektórzy usiłują przedstawić, by usprawiedliwić samych siebie. Nauka Nasza to tylko obrona godności małżeństwa chrześcijańskiego, obrona godności osobistej małżonków!
Służenie temu celowi jest w naszych czasach szczególnie wielkim obowiązkiem waszego zawodowego posłannictwa!
Tak doszliśmy do końca rozważań, które chcieliśmy wam podać. Zawód wasz otwiera przed wami szerokie pole apostolstwa w różnych dziedzinach. Przed wami - apostolstwo nie tylko słowa ale także apostolstwo działania i przewodnictwa! Apostolstwo to będziecie mogły sprawować skutecznie tylko wtedy, gdy same dokładnie będziecie znały cel waszego posłannictwa, środki do jego osiągnięcia, jeśli będziecie miały silną i zdecydowaną wolę, opartą na głębokich przekonaniach religijnych, natchnioną i wzmocnioną przez wiarę i miłość chrześcijańską!
Prosimy Boga, by udzielił wam wielkiej swej mocy, światłości i pociechy. Udzielamy wam z całego serca, jako zadatek obfitych łask niebiańskich Naszego Błogosławieństwa Apostolskiego.




[www.opoka.org.pl]



czwartek, 9 maja 2013

Warsztaty chorału gregoriańskiego w Bajerzu.








W piątek 14.06.2013 r. o godzinie 16.30
rozpoczną się 
w Kaplicy p.w. Chrystusa Króla (Bajerze 36 — pałac) 

warsztaty chorału gregoriańskiego.




Oto program:

14 czerwca [piątek] Św. Bazylego Wielkiego, Biskupa, Wyznawcy 
i Doktora Kościoła
16.30
powitanie
17.00
lekcja pierwsza
18.00
Msza św. śpiewana, różaniec
19.15
kolacja
20.00
lekcja druga
20.45
kompleta

15 czerwca [sobota] Bł. Jolanty, Wdowy
06.30
pryma
07.15
Msza św. śpiewana
08.10
śniadanie
09.00
lekcja trzecia
10.00
przerwa i ćwiczenia
10.30
lekcja czwarta
11.45
przerwa i ćwiczenia
12.30
seksta
12.45
obiad
14.00
lekcja piąta
15.00
przerwa i ćwiczenia
15.30
lekcja szósta
16.30
przerwa, podwieczorek
17.00
lekcja siódma
18.30
nabożeństwo czerwcowe: wystawienie Najświętszego Sakramentu, różaniec,
19.15
kolacja
20.00
podsumowanie, próba na 4 niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego
20.45
kompleta

16 czerwca [niedziela] 4. Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego
06.30
laudes
08.00
Msza św. śpiewana, błogosławieństwo na zakończenie warsztatów



Serdecznie zapraszamy!

http://www.piusx.org.pl/komunikaty/2013/98




piątek, 3 maja 2013

Rekolekcje MARYJNE we Wrocławiu.







































24 maja [piątek] Piątek Suchych Dni po Zesłaniu Ducha Świętego

17.00
różaniec
17.30
wykład
18.00
Msza św.
18.45
wykład
19.30
nabożeństwo majowe

25 maja [sobota] Sobota Suchych Dni po Zesłaniu Ducha Świętego

16.30
różaniec
17.00
wykład
18.00
Msza św.
18.45
wykład
19.30
nabożeństwo majowe

26 maja [niedziela] Święto Trójcy Przenajświętszej

08.30
różaniec
09.00
wykład
10.00
Msza św.
11.15
wykład
12.00
nabożeństwo majowe





http://www.piusx.org.pl/komunikaty/2013/84


sobota, 20 kwietnia 2013

"Traditio tradita - Tradycja zdradzona!" - Ks. Jan Jenkins.









"Traditio tradita - Tradycja zdradzona!" - Rzecz o ruchach indultowych





Wstęp 


Na początku chciałbym odwołać się do ostatniej konferencji o nowej Mszy, którą wygłosiłem niedawno w tym miejscu i przypomnieć wnioski, do jakich wówczas doszliśmy. Po pierwsze nowa Msza nie wyraża Wiary Katolickiej, ponieważ nie wyraża zasadniczych prawd należących do Depozytu Wiary. Doszliśmy więc do wniosku, że nowa Msza jest zasadniczo zła i prowadzi ludzi do utraty wiary. Obecna konferencja jest na pewien sposób kontynuacją poprzedniej w tym sensie, że na początku muszę powiedzieć o praktycznych konsekwencjach, jakie ma nowa Msza dla życia Kościoła, zwłaszcza w odniesieniu do tragicznych wyborów, przed jakimi postawiła wiernych i duchowieństwo. Konferencja ta będzie prezentować będzie krytykę konkretnych rozwiązań ogromnych problemów będących skutkiem II Soboru Watykańskiego oraz reform, które były jego następstwem, a zwłaszcza krytykę tego, co nazywamy potocznie "Mszą indultową". Chciałbym ponownie, jak w czasie poprzedniej konferencji, skoncentrować się na wadze doktrynalnej tych zagadnień, a nie na nadużyciach czy kwestiach personalnych. Konferencja ta ma tytuł "Traditio tradita" czyli "Tradycja zdradzona", co wyrażać ma przekonanie, że pragmatyczne rozwiązanie proponowane przez to, co nazywa się potocznie Mszą indultową jest w istocie zdradą doktryny katolickiej. Nie mam więc zamiaru mówić o konkretnych osobach, ale o zasadach. Z pewnością moglibyśmy podać długą listę ludzi, którzy porzucili walkę o Tradycję, zwłaszcza w ostatnich czasach, nie sądzę jednak, by było to dla was specjalnie budujące czy pożyteczne. Skoncentrujemy się więc na zasadach, które będą stanowiły niejako drogowskazy dla tych, którzy pragną pozostać wiernymi Katolickiej Tradycji i nie zdradzić Wiary. Okupacja Kościoła Niesamowita i można by powiedzieć niewiarygodna wręcz liczba zmian wprowadzonych w Kościele przez II Sobór Watykański oraz reformy będące jego rezultatem, stworzyły w sytuację na wiele sposobów bezprecedensową: oto cała struktura Kościoła używana jest do narzucenia wiernym nowej liturgii i nowej doktryny, pozostających w jaskrawej sprzeczności z tym, czego Kościół zawsze nauczał. Fakt, że doktryna nauczana przez sobór jest całkowicie obca Kościołowi wynika jasno z samych jego dekretów oraz z wypowiedzi interpretujących ją papieży. Paweł VI w swej mowie wygłoszonej na zakończenie soboru posumował jego pracę tymi słowami: "Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią człowieka, który czyni siebie Bogiem. Co wyniknęło z tego spotkania, z tej konfrontacji? Czy wyniknął wstrząs? Czy wyniknęła walka? Czy wyniknęła anatema? Mogło się tak zdarzyć, ale jednak nie miało to miejsca. (?) Sobór został w pełni przesiąknięty bezgranicznym współczuciem dla świata. Odkrycie potrzeb ludzkich, a są one tym większe, im większy staje się człowiek, przykuło uwagę Soboru i Kościoła. Odkrycie potrzeb ludzkich, pochylenie się nad ranami człowieka - jak Samarytanin - oto jest duchowość współczesnego Kościoła. Wy, współcześni humaniści, którzy odrzucacie transcendencję rzeczy Boskich, uznajcie przynajmniej tę zasługę i doceńcie nasz nowy humanizm, gdyż my bardziej niż ktokolwiek inny wyznajemy kult człowieka". Tak więc sobór miał charakter zasadniczo humanistyczny. Kościół wedle słów samego Pawła VI odkrył nową swoją misję: kult rodzaju ludzkiego i odkrywanie ludzkich potrzeb. W jego dokumentach nie ma potępienia religii "człowieka, który czyni siebie Bogiem", ponieważ sobór zasadniczo zgadza się z ideą godności człowieka. Kościół nie zajmuje się już czcią należną Bogu, ale kultem człowieka. Nie wspomniano również o dekretach z przeszłości, które potępiały współczesne nam błędy, takie jak komunizm, liberalizm i modernizm, ponieważ wedle słów samego Pawła VI: "władza nauczycielska Kościoła nie chciała formułować nadzwyczajnych orzeczeń doktrynalnych", ale raczej pozostawać "w służbie ludzkości" i dążyć do porozumienia ze światem współczesnym oraz postępem. Konstytucja Gaudium et spes jest całkowicie sprzeczna z wcześniejszym dekretem dogmatycznym Piusa IX - Syllabusem błędów, przyznał to sam Benedykt XVI kiedy był jeszcze kardynałem Prefektem Kongregacji Nauki Wiary. Możemy więc słusznie twierdzić, że Vaticanum II nauczało doktryny sprzecznej z tym, czego Kościół nauczał przez stulecia, stwierdzili to sami papieże interpretując autorytatywnie dokumenty soborowe. Owa fundamentalna zmiana w doktrynie wymagała zmiany w rytach wszystkich sakramentów i dopasowania ich do nowej misji Kościoła, polegającej na odkrywaniu ludzkich potrzeb oraz godności człowieka. Nowa Msza oraz nowe ryty sakramentów były konieczne, ponieważ zmianie uległa sama misja Kościoła. Kościół nie jest już posłany do wszystkich narodów aby je nauczać, nawracać i zadośćczynić za grzechy całego rodzaju ludzkiego - obecnie jest on jedynie świadkiem dobrej nowiny o godności człowieka, pomagającym w jednoczeniu świata poprzez dialog i działania na rzecz pokoju. To narzucenie Kościołowi całkowicie mu obcych doktryn oraz towarzyszących im rytów, które doktryny te wyrażają, przypomina działania władzy okupacyjnej, sytuację w której jakiś kraj okupowany jest przez obce siły. Kiedy jakieś państwo chce okupować i kontrolować terytorium innego państwa, usiłuje najpierw zlikwidować wszelką potencjalną opozycję. Armia inwazyjna likwiduje opozycję zbrojną, a skoro zostanie ona unicestwiona, agresor instaluje na zajętym terytorium instytucje pozwalające mu na kontrolę zajętego obszaru. źródła surowców i wszelkie fundamenty życia ekonomicznego zostają przekazane w ręce poddanych władzy okupacyjnej, aby mogła ona kontrolować siłę polityczną jaką daje bogactwo. Nowy rząd mianuje wszystkich wyższych urzędników. Wszyscy, którzy sprzeciwiają się ideom głoszonym przez władze okupacyjne zostają izolowani lub zdymisjonowani. Na koniec również instytucje systemu edukacji zostają w 90% "zreformowane", by nauczać języka, idei oraz zwyczajów okupanta, i doprowadzić stopniowo do wychowania następnego pokolenia na dobrych obywateli nowej republiki stworzonej na terytorium okupowanym. Ten sam proces obserwujemy w Kościele od czasu zakończenia II Soboru Watykańskiego. Za jednym zamachem pozbyto się najbardziej konserwatywnych biskupów - zmuszając ich do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Zakony odbywały w Rzymie kapituły generalne, by wybrać nowych przełożonych, zmuszane też były do zmodyfikowania swych konstytucji oraz reguł oraz dostosowania ich do ducha soboru. Duch ten dotknął samą nawet ekonomię łaski: Msza oraz ryty sakramentów zostały radykalnie zmodyfikowane. Blisko dwutysiącletnie tradycje zostały zniesione. Kuria Rzymska została "zreformowana" w taki sposób, że większość władzy skupiona została w rękach Sekretarza Stanu. Państwa katolickie zostały zlaicyzowane, a odniesienia do wiary katolickiej zostały usunięte z ich konstytucji na żądanie samych władz rzymskich. Szkoły katolickie, pozostające do tej pory w rękach zakonów, przekazane zostały państwu. Innymi słowy: widzimy, jak na przestrzeni kilka zaledwie lat wszystkie katolickie instytucje zostały obalone, aby dostosować je do dekretów i nowej orientacji II Soboru Watykańskiego. Poniekąd już sama liczba zmian narzuconych przez sobór jest sama w sobie dowodem, że sobór nie kontynuował dzieła Kościoła, ale zrywał z nim w sposób definitywny. Gdyby sobór kontynuował to, co czynił Kościół, tak wielka ilość zmian nie byłaby konieczna. Jak sami wiecie ze smutnego doświadczenia waszego kraju, okupacja przez obcą władzę nie jest niczym przyjemnym, pociąga ona za sobą wiele cierpienia, zwłaszcza wobec ludzi, którzy znajdą się pod okupacją. Jednak jak na ironię to wcale niekoniecznie obcy rząd powodować musi największe szkody. Częstokroć obca władza jest szczęśliwa, jeśli ludzie po prostu płacą podatki i są posłuszni nowemu rządowi. Zwykły żołnierz armii okupacyjnej może być okrutny i niezdyscyplinowany, często jednak jest tam po prostu dlatego, że ma taki ma obowiązek, również jego życie nie jest więc łatwe. Dla ludności miejscowej oczywiste jest, że jest on wrogiem i nie można mu ufać, a jestem pewien, że każdy żołnierz wolałby raczej wrócić do domu i swej rodziny niż przebywać w obcym kraju wśród ludzi wrogo do niego nastawionych. Niestety najgorsze cierpienia nie są powodowane przez władzę okupacyjną, ale przez współrodaków, którzy z władzą tą kolaborują, którzy sprzedają wolność swego kraju za korzyści materialne. Dla wpływu lub pieniędzy zdradzają oni swój kraj. Porzucają walkę oraz opór i zaczynają pomagać wrogowi. Ci właśnie ludzie powodują najwięcej szkody i najwięcej cierpień, to dzięki nim bowiem okupacja jest możliwa. Zdrajca zna zwyczaje i język swych ziomków. Zna strefy wpływów oraz ludzi, których władza okupacyjna musi zlikwidować. Zna mocne strony swego kraju i chce go zniszczyć dla nikczemnego, materialnego zysku. Bez tych zdrajców żołnierze nie byliby w stanie kontrolować okupowanego kraju, ponieważ nie mówią jego językiem ani nie znają ludzi. To kolaborant umożliwia trwanie okupacji, można nawet powiedzieć, że to dzięki niemu jest ona w ogóle możliwa. To samo można powiedzieć w odniesieniu do Kościoła. Moderniści nie mogliby odnieść sukcesu, gdyby nie było katolików, którzy współpracowali z nimi w organizowanej przez nich okupacji.

Czym jest Msza indultowa?

Przejdźmy teraz do głównego tematu tej konferencji, którym jest Msza indultowa. Czym jest Msza indultowa? Jestem pewien, że wiecie, czym jest Msza, jednak termin "indult" wymaga prawdopodobnie krótkiego wyjaśnienia. Słowo "indult" pochodzi od łacińskiego "indultus", co oznacza przywilej lub pozwolenie, zwłaszcza w odniesieniu do czegoś, co byłoby normalnie zakazane lub grzeszne. W języku Kościoła oznacza to specjale zezwolenie udzielone przez papieża biskupom, by czynili coś, co normalnie byłoby zakazane przez ogólne prawo Kościoła. Normalnie czynność ta nie byłaby dozwolona, staje się taką jednak na mocy przywileju papieskiego, który nazywamy "indultem". Dlaczego więc używamy tego terminu w odniesieniu do Mszy? Samo sformułowanie Msza indultowa brzmi raczej dziwacznie, ponieważ główną funkcją kapłana jest odprawianie Mszy. Wydaje się czymś dziwnym, by papież musiał udzielać kapłanowi zezwolenia na czynienie czegoś, co jest on zobowiązany czynić i co normalnie czynić miałby prawo. Msza jest sama w sobie czymś dobrym, jak więc jej odprawianie mogłoby nie być dozwolone? W całej historii Kościoła nie możemy znaleźć wzmianki o przypadku, w którym kapłanowi udzielany był indult na odprawianie Mszy, co jest przecież celem, dla którego został on wyświęcony. Wręcz przeciwnie, całe dotychczasowe prawodawstwo Kościoła skupiało się na tym, w jakich godzinach i w jaki sposób kapłan powinien odprawiać Mszę - samo prawo do odprawiania Mszy pojmowane było jako coś bezspornego i oczywistego. By zatem zrozumieć ów termin "Msza indultowa" musimy przypomnieć sobie nieco najnowszą historię związaną z reformami liturgicznymi, przeprowadzanymi od czasu Vaticanum II. W roku 1962 promulgowany został pierwszy dekret w kwestii liturgii -Sacrosanctum concilium. Sam w sobie dokument ten mówi bardzo niewiele o zmianach w liturgii, jest raczej konserwatywny, zarządzając na przykład, by Msza odprawiana była nadal po łacinie. Dokument ten pozostawiał jednak zadanie "reformy liturgii" mającym zostać powołanymi później grupom ekspertów czy też doradców. Owi eksperci poszli o wiele dalej niż proponował to tekst soborowy i stworzyli to, co znamy dziś jako nową Mszę. Co ciekawe, podczas pierwszej celebracji Mszy w tzw. "rycie normatywnym" będącej można powiedzieć "projektem" nowej Mszy, większość obecnych biskupów jej nie zaaprobowała. Pomimo braku ich aprobaty była ona jednak promowana jako dzieło soboru. Kardynałowie Ottaviani oraz Bacci podpisali tzw. Krótką analizę krytyczną NOM , w której stwierdzali, że nowy ryt Mszy "różni się w sposób zasadniczy od doktryny Kościoła zdefiniowanej przez Sobór Trydencki". W dołączonym liście kardynałowie prosili papieża o unieważnienie lub wycofanie aktu prawnego promulgującego nową Mszę i umożliwienie wiernym dalszego uczestnictwa w tradycyjnej Mszy, która wydała tak wspaniałe owoce na przestrzeni wieków. Dokument ten, który zachował wielkie znaczenie po dziś dzień, stanowił pierwszą poważną próbę obrony wiary katolickiej przeciw zakusom współczesnych reformatorów. Co ciekawe, Paweł VI odpowiedział na to krytyczne studium podczas konsystorza w sposób raczej wymijający: "nie mówmy o nowej Mszy, ale raczej o nowej epoce w której żyje obecnie Kościół". Następnie przyznał, że "innowacja ta bardzo zaniepokoi ludzi pobożnych". Jak na ironie to najwyższy pasterz Kościoła promulgował coś, co zakłócało pobożność wiernych, jednak sam papież to przyznał. Co również ciekawe, wspominał on również, iż trudno jest być zobligowanym do przyjęcia Mszału, który nie jest jeszcze kompletny i że nie jest pewne, jak powinno się w tej sytuacji zachować - co jest dowodem na to, jak ogromny chaos spowodowała w Kościele reforma liturgiczna. W obliczu tego zamieszana papież zaproponował, by do 28 listopada 1971, kiedy to prace różnych komisji miały się zakończyć, każdy kapłan mógł używać albo Mszału Rzymskiego, albo nowego mszału. Widzimy więc że od samego początku nowy mszał nie był kontynuacją czcigodnego Rytu Rzymskiego, ale nowinką, narzuconą przez komisję ekspertów, którzy przekroczyli swoje uprawnienia, nowinką która, wedle słów samego papieża, niepokoiła ludzi pobożnych. Co więcej, decyzja Ojca świętego, by równolegle używane były dwa ryty, wyszydzona została przez sekretarza komisji jako potencjalne źródło podziałów i zamieszania wśród wiernych, którzy mogliby poczuć się zaniepokojeni widząc różnice pomiędzy oboma liturgiami. Media i prasa zaczęły więc rozpowszechniać informację, że Msza Trydencka zostanie zakazana od pierwszej niedzieli adwentu 1971 roku. Na przykład czytelnicy The Universe mogli przeczytać: "Od tej niedzieli, czyli pierwszej niedzieli adwentu, zakazane jest na całym świecie odprawianie Mszy w rycie trydenckim. Przy specjalnych okolicznościach starzy lub emerytowani kapłani mogą prosić swego biskupa o zgodę na posługiwanie się tym rytem, ale jedynie podczas Mszy prywatnych". Zauważmy, że w rzeczywistości Msza Trydencka nigdy nie została zakazana, jak to potwierdziła komisja powołana przez Jana Pawła II w roku 1986. Potwierdza to motu proprio Benedykta XVI. Informacje podawane przez media były po prostu fałszywe i nieprawdziwe, ich źródłem byli zaś sami reformatorzy, pragnący narzucić własny wytwór katolikom na całym świecie. Od samego początku reform wielu pobożnych katolików występowało w obronie Wiary. W roku 1971, tym samym, w którym nowy ryt zastąpić miał tradycyjny ryt katolicki, grupa intelektualistów i pisarzy w Anglii napisała do Ojca świętego list z następującym wezwaniem: "Gdyby jakiś bezsensowny dekret miał nakazywać całkowite lub częściowe zniszczenie bazylik czy katedr, nie ulega wątpliwości, że osoby wykształcone, niezależnie od osobistych przekonań, podniosłyby pełen przerażenia głos sprzeciwu. A przecież bazyliki i katedry zbudowane zostały, aby celebrować w nich ryt, który jeszcze kilka miesięcy temu, stanowił żywą tradycję. Mamy tu na myśli rzymskokatolicką Mszę. Wedle ostatnich doniesień z Rzymu, istnieje plan unicestwienia tej Mszy przed końcem obecnego roku? Sygnatariusze tego apelu pragną zwrócić uwagę Stolicy Apostolskiej na straszliwą odpowiedzialność wobec historii ducha ludzkiego, gdyby nie pozwolono na przetrwanie tradycyjnej Mszy (?)". Dzięki temu apelowi, podpisanemu przez wielu sławnych artystów i pisarzy, uzyskano dla Anglii oraz Walii zgodę na kontynuację odprawiania tradycyjnej Mszy. Kard. Heenan, abp. Westminsteru, przewodniczący Konferencji Episkopatu Anglii i Walii, otrzymał od samego papieża dekret zapewniający przetrwanie rytu rzymskiego w Anglii i Walii. Wśród słynnych osób, które podpisały wspomniany apel była znana pisarka Agatha Christie, od której nazwiska dekret ten nazwany jest często "indultem Agathy Christie". Zwróćmy uwagę, że wedle tekstu tego dekretu papież usankcjonował kontynuację odprawiania tradycyjnej Mszy, sugerując w ten sposób, że nie została ona zniesiona poprzez wprowadzenie nowego rytu. Można mówić o słabych stronach tego apelu w tym sensie, że odwoływał się on do przesłanek natury kulturowej, niemniej jednak był to prawdziwy apel do strażnika dziedzictwa Kościoła. Reformatorzy jednak nie zamierzali łatwo się z tym pogodzić. Oto ich projekt zastąpienia czcigodnego rytu Mszy nowym znalazł się w niebezpieczeństwie. Zaledwie kilka dni po tym, jak papież przychylił się do prośby sygnatariuszy, kard. Heenan otrzymał od msgr Bugniniego, sekretarza Kongregacji Kultu Bożego, list z nowymi warunkami, które nie figurowały w odpowiedzi udzielonej przez papieża. Po pierwsze, jak pisał, biskupom dano jedynie władzę, by przy specjalnych okazjach, mogli oni zezwalać pewnym grupom wiernych na uczestnictwo we Mszy wedle wcześniejszego rytu i wedle tekstów Mszału Rzymskiego. Bugnini dołączył też do oficjalnego pisma osobisty list, w którym pisał: "Wasza Eminencja powinna zadbać o to, by zgoda ta udzielana była z roztropnością i ostrożnością, jakiej wymagają te kwestie. Jest również pożądane, by zgoda udziela była bez zbytniego rozgłosu (?)". Ten krótki objętościowo dekret, pochodzący od prostego sekretarza, a sprzeczny pod wieloma względami z wyraźną zgodą papieża, nakreślił na wiele lat kierunek walki o zachowanie tradycyjnej Mszy. W pewnym sensie msgr Bugnini uratował rewolucję przez swe mistrzowskie posunięcie. Podczas gdy żadna władza na ziemi nie może zakazać nikomu trzymania się Tradycji, wedle niego musimy posiadać na to zezwolenie.

Mistrzowskie posunięcie

Na czym polegało to mistrzowskie posunięcie? Po pierwsze, odprawianie Mszy, która uświęcała niezliczone pokolenia wiernych, wymaga obecnie zezwolenia. Jest więc czymś, co nie jest samo w sobie dobre, jest raczej postrzegane jako pewne zagrożenie, jako coś, co trzeba kontrolować. Sugeruje się w ten sposób że to, co uświęcało pokolenia katolików jest w jakiś sposób niebezpieczne i niestosowne dla naszych czasów. To, do czego mogliśmy zachęcać, a nawet w czym mieliśmy obowiązek uczestniczyć, wymaga obecnie zezwolenia. Po drugie, nowa Msza jest obecnie zwykła liturgią w której uczestniczą katolicy, Tradycja natomiast jest zarezerwowana dla "pewnej grupy". Msza, która uświęcała miliony katolików wszelkich narodowości przez stulecia jest obecnie jedynie dla "pewnych grup" i na specjalne okazje. Już te dwa warunki są rewolucyjne i nie do przyjęcia dla żadnego katolika. Można by powiedzieć, że oznaczają one pełną okupację kraju przez wrogą armię. Wyobraźmy sobie na przykład, że pewnego dnia nie będzie wam już wolno mówić po polsku. Wyobraźcie sobie, że jakieś wrogie siły przejmują kontrolę nad waszym krajem. Spowodowałoby to jednak natychmiastową reakcję. Bardziej subtelnym i skuteczniejszym sposobem na wzmocnienie przez okupanta roli swego własnego języka byłoby wydanie dekretu głoszącego: "Od tej pory możecie mówić po polsku, potrzebujecie jedynie na to zgody". Wasi przodkowie, wasi rodzice mówili tym językiem. Nikt nie ma prawa ograniczać posługiwania się nim przez was. Gdybyście potrzebowali zgody na zachowywanie zwyczaju, który obowiązywał przez tak długo byłby to znak, że żyjecie w okupowanym kraju. Wasi rodzice, wasi dziadkowie i ich rodzice modlili się po łacinie - a jednak obecnie potrzebujemy na to zgody. Samo ta koncepcja jest całkowicie sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, prowadzi do wniosku, że Kościół do którego należeli nasi rodzice i dziadkowie jest w jakiś sposób okupowany przez kogoś, kto nie mówi w języku Kościoła. Staranie się o zezwolenie oznacza w tym przypadku de facto zgodę na ten niesprawiedliwy stan rzeczy. Przez sam fakt występowania o zezwolenie uznaje się, że nowa Msza jest normą i że zmiany w Kościele są uprawnione i dobre. Zwracanie się o zgodę na czynienie tego, co niegdyś było wrodzonym prawem jest właśnie istotą tego co nazywamy "Mszą indultową". Postawa tak kontrastuje jednak z reakcją innych biskupów i kapłanów, którzy skonfrontowani zostali z tą samą rzeczywistością nowej Mszy - niesłusznie narzuconej Kościołowi. Co ciekawe, w tym samym roku, w którym ogłoszony został indult Agathy Christie, działające w Anglii i Walii Latin Mass Society wydało oświadczenie, że będzie bojkotować nową Mszę ze względu na konflikt sumienia. Abp Lefebvre podał powody dla których odrzucał nową Mszę podczas konferencji wygłoszonej w Econe oraz kilku konferencji wygłoszonych później za zagranicą: nowa Msza odchodzi od doktryny wiary, a przez swe dwuznaczności sprzyja herezji. Tak więc powstałe wówczas Bractwo świętego Piusa X odrzucać będzie nowy ryt ze względu na fakt, że odchodzi on od Wiary Katolickiej i trzymać się będzie Mszy Wszechczasów. Jak powiedział abp Lefebvre w kazaniu wygłoszonym w Lille w rocznicę swych święceń kapłańskich, nie wyobraża sobie, by mógł nie wypowiadać nad kielichem tych samych słów, do których wypowiadania został wyświęcony. Jak bardzo postawa ta kontrastuje z występowaniem o zgodę na odprawianie katolickiej Mszy, pokazuje, że moralnym obowiązkiem katolika w obliczu inwazji obcych sił na Kościół jest trzymanie się Tradycji. Wyraża ona w sposób jednoznaczny brak zgody na okupację przez wrogie siły. Praktyczne konsekwencje indultu z roku 1971 były praktycznie równe zeru. Tradycyjna Msza odprawia była przy nielicznych okazjach, jednak zgodnie z dyrektywą msgr Bugniniego, prywatnie i dla małej grupy artystów lub estetów zainteresowanych historycznymi obrzędami. Niezależnie od hałasu, jaki cała sprawa wywołała w prasie, indult ten był w istocie ignorowany i nawet dziś większość katolików nie słyszała nic o tej zgodzie udzielonej przez papieża. Jednak odrzucenie nowej Mszy przez abpa Lefebvre oraz kilku innych biskupów, takich jak bp de Castro Mayer z Brazylii oraz licznych duchownych na całym świecie stanowiło prawdziwe zagrożenie dla planu powszechnego narzucenia nowej liturgii. Wielu kapłanów a zwłaszcza seminarzystów pragnęło przyłączyć się do Bractwa św. Piusa X, które szybko zaczęło budować kilka seminariów w różnych częściach świata, zaczęła się więc prawdziwa kontrofensywa wobec soboru oraz modernistycznej okupacji Kościoła. To właśnie odrzucenie nowej Mszy stało się kamieniem probierczym w walce o Tradycję, w rzeczywistości jednak sercem walki było zachowanie katolickiej doktryny, której najpełniejszym wyrazem była właśnie Msza. Po soborze Kościół zainicjował proces autentycznej autodestrukcji. Być może najlepszym sposobem na zobrazowanie rozmiarów tego procesu będzie przytoczenie garści statystyk z przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia. W roku 1965, będącym rokiem zamknięcia soboru, w Stanach Zjednoczonych studiowało w seminariach duchownych ponad 49 tysięcy kleryków. W roku 2002 było ich mniej niż 5 tysięcy - mamy więc do czynienia z 90% spadkiem powołań. W roku 1965 zaledwie 1% parafii pozbawionych było kapłana. W roku 2002 było ich już 2928, czyli 15 procent, a liczba ta stale się zwiększa na skutek braku powołań. Również zgromadzenia zakonne odnotowały lawinowy spadek powołań. Na przykład redemptoryści mieli w roku 1965 1148 kapłanów i 1128 seminarzystów: w roku 2000 było ich jedynie 349 kapłanów i 24 seminarzystów. Salezjanie w 1965 roku mieli 552 kandydatów do kapłaństwa, a w roku 2000 zaledwie jednego. A statystyki te oddają zasadniczo stan całego Kościoła: w Szwajcarii nie wyświęcono kapłanów odprawiających nową Mszę od pięciu lat. Jak powiedział kard. Ratzinger w roku 1984: "Z pewnością skutki [Vaticanum II] wydają się w okrutny sposób kontrastować z ówczesnymi oczekiwaniami (?)". W międzyczasie kontrofensywa Tradycji osiągnęła wielki rozmach. Na przestrzeni pięciu lat założone zostały cztery seminaria, zgromadzenie Sióstr Bractwa, Braci Bractwa, Karmelitów? Wkrótce Bractwo obecne było w ponad 30 krajach (obecnie jest w ponad sześćdziesięciu) -wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku lat. A wszystko to pomimo potępień ze strony mediów oraz pomimo niesprawiedliwych i nielegalnych cenzur ze strony modernistycznego duchowieństwa. W obliczu zagrożenia, jakie stanowił dla nich ruch tradycjonalistyczny, reformatorzy zmuszeni zostali do zmiany taktyki. Siły okupujące Kościół traciły członków w astronomicznym tempie - na przykład liczba uczestniczących we Mszy na terenie Francji spadła do zaledwie 7% wszystkich ochrzczonych. Jeśli sprawy dalej toczyłyby się tym torem, wkrótce nikt nie uczestniczyłby w nowej Mszy. Posługując się wcześniejszą analogią, pojawiło się zagrożenie, że okupowane terytorium zostałoby wkrótce bez ludności, narastał opór wobec okupacji, a ludzie nadal byli przywiązani do czcigodnych obrzędów swych przodków. Coś trzeba było z tym zrobić.

Indult z roku 1984

Tak więc w roku 1984, widząc jak wielu wiernych jest całkowicie rozczarowanych nową Mszą, władze rzymskie zainicjowały nową politykę. W październiku tego roku Jan Paweł II ogłosił dokument Quattour adhinc annos. Dawał on każdemu ordynariuszowi diecezji na świecie prawo udzielania indultu, pozwalającego kapłanom na odprawianie a wiernym na uczestnictwo w Mszy wedle mszału z roku 1962. Widzieliśmy już, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą sama idea uzyskiwania zezwolenia na odprawianie Mszy. Istniało jednak kilka warunków, które czyniły ten dokument nie tylko bezużytecznym, ale nawet niemożliwym do wcielenia w życie. Po pierwsze kapłani odprawiający wedle tego indultu nie mogli kwestionować poprawności doktrynalnej nowego rytu. Domagano się nawet, by stanowisko to było jednoznacznie i publicznie wyrażone - poprzez kazania lub inne działania. Po drugie owo prawo do odprawiania tradycyjnej Mszy powinno być wykorzystywane w taki sposób, by nie przeszkadzało w stosowaniu reformy liturgicznej [Pawła VI] do życia wspólnoty Kościoła. Po trzecie intencja tego dokumentu była jasna, miał on: "ułatwić komunię kościelną ludziom, którzy czują się przywiązani do tych form liturgicznych". Już później kard. Mayer będzie to interpretował w taki sposób, że zgoda na tradycyjną Mszę jest jedynie tymczasowym ustępstwem mającym na celu przywrócenie tych wiernych do "komunii eklezjalnej", której "normalnym wyrazem" jest nowa Msza. Należy zauważyć, że aż do tego momentu ludzie przywiązani do tradycyjnego rytu nie byli postrzegani jako pozostający poza Kościołem. Znaczenie tych trzech warunków jest oczywiste. Msza może być sprawowana wedle starego rytu, ale jedynie pod warunkiem, że akceptuje się nowy ryt. Jeśli się nad tym zastanowimy -jest to całkowicie bezsensowne. Jeśli ktoś akceptuje nowy ryt, normalne jest, że jest on zobligowany do celebracji w tym właśnie rycie. Jeśli ktoś wierzy, że nowy ryt jest doktrynalnie zdrowy - nie ma powodów by go odrzucać, chyba że w grę wchodzą powody osobiste czy sentymentalne. W ten sposób Msza staje się jedynie wyrazem sentymentu, a nie wiary. Sam cel Mszy - uświęcanie i zadośćuczynienie za grzech jest wiec zredukowany do przejawu sentymentu religijnego. Jest to nie do przyjęcia dla żadnego świadomego swej wiary katolika. Drugi z tych warunków uniemożliwia de facto jakiekolwiek odprawianie tradycyjnej Mszy. Wymóg, by "nie przeszkadzało [to] w stosowaniu reformy liturgicznej [Pawła VI] do życia wspólnot Kościoła" oznacza, że tradycyjna Msza będzie musiała być odprawiana wedle nowego kalendarza, z nowymi czytaniami i na stole, a nie na ołtarzu. Oznacza, że tradycyjna Msza nigdy nie może stanie się normalną Mszą w parafii, zawsze odprawiana będzie w późnych godzinach, zmodyfikowana i z dziwactwami zaczerpniętymi z nowej Mszy. Biskup mógłby pozwolić na tradycyjną Mszę, ale np. o dwudziestej, kiedy nikt nie może w niej uczestniczyć, albo jeśli będzie ona odprawiana twarzą do ludzi, ponieważ w taki sposób zbudowany jest kościół, albo też z tekstami zaczerpniętymi z nowego lekcjonarza. Trzeci warunek jest równie zwodniczy. Przed rokiem 1984 nie wspominało się o tym, by tradycjonaliści znajdowali się "poza komunią kościelną", obecnie jednak z powodu ich przywiązania do Mszy przodków potrzebne są rzekomo wysiłki ekumeniczne, w celu przyciągnięcia ich z powrotem do zreformowanego Kościoła. Z jakiegoś powodu, poprzez swe przywiązanie do Tradycji Katolickiej znajdują się oni poza Kościołem. Wszystkie te warunki można by porównać do sytuacji, w obliczu ktorej staje żołnierz walczący z okupantem. Żąda się od niego, by złożył broń i nie krytykował nowego reżimu. Wymaga się od niego, by wtopił się w społeczeństwo - by zdjął mundur. Potem zaś poprzez stopniową akceptację nowego reżimu zacznie on akceptować również nowe zwyczaje. Rzecz jasna żołnierz często nie ma wyboru w tych kwestiach. Jednak dla nas, gdy dotyczy to użycia naszej woli w kwestiach, które znajdują się całkowicie pod naszą kontrolą, byłoby to zdrada wobec sprawy, dla której trzymamy się Tradycji. Byłaby to dezercja z pola walki. Skutki indultu z roku 1984 były daleko większe niż poprzedniego, dotyczącego jedynie Anglii i Walii. Kilku biskupów, zwłaszcza w Ameryce oraz Francji zaczęło wykorzystywać ten indult, by na siłę zmusić wielu kapłanów i wiernych do powrotu do reform Vaticanum II. Msze indultowe były strategicznie lokalizowane niedaleko kaplic, w których odprawiana była Msza Trydencka, z wyraźną intencją odciągania z tych kaplic wiernych. Bezpośrednią konsekwencją praktyczną miało być zmniejszenie uczestnictwa we Mszach sprawowanych w kaplicach oraz powstrzymywanie ich rozwoju. W tym samym czasie wierni byliby wydani w ręce duchowieństwa, które stopniowo ukazywałoby im bogactwo nowego rytu. W praktyce oznaczałoby to, że dozwolona byłaby jedynie Msza - inne sakramenty takie jak chrzest, małżeństwo, bierzmowanie byłyby udzielane wedle rytu zreformowanego. Tradycyjna Msza byłaby jak ogród zoologiczny, w którym owe niebezpieczne przedpoborowe idee mogłyby być trzymane pod kontrolą i nadzorem, i zawsze dokładałoby wszelkich starań, by nie wydostały się one ze swej klatki. Ludzie mogliby przychodzić i je oglądać, ale jedynie przy wyjątkowych okazjach i nigdy nie miałoby to praktycznych konsekwencji w realnym życiu. Można by więc być katolikiem przez kilka godzin w niedzielę, nie powinno to jednak przeszkadzać wdrażaniu - wedle słów indultu - zreformowanej liturgii. Warunki tego indultu ukształtowały politykę kongregacji rzymskich wobec Tradycji na długi czas, jednak z niewielkim powodzeniem. Wielu biskupów po prostu nie jest zainteresowanych Mszą Trydencką - zostali oni, jak by nie było, mianowani na swe stolice po to, by wdrażać reformę. Indult służy zasadniczo jako narzędzie do stopniowego przeciągania tradycyjnych grup na stronę reformy, biskupi nie interesują się więc nim specjalnie, chyba że w ich diecezji istnieje bardzo liczna grupa wiernych przywiązanych do starego rytu. Biskupi są przede wszystkim ludźmi Vaticanum II, ich wysiłki skoncentrowane będą więc raczej na wdrażaniu idei soborowych, niż na zachowywaniu Tradycji.

Indult z roku 1988

Moderniści łudzili się, że opór ze strony tradycyjnych wiernych zostanie stopniowo zneutralizowany, że porzucą oni walkę i odnajdą miejsce wśród różnych Mszy indultowych. Najlepszą polityką było po prostu ignorowanie Tradycji i w nadziei, że ruch ten samoistnie zaniknie. Abp Lefebvre był już w zaawansowanym wieku, wydawało się więc, że to jedynie kwestia czasu. A jednak Arcybiskup ogłosił w roku 1987, że zamierza konsekrować w następnym roku biskupów. W kongregacjach rzymskich zapanowała prawdziwa panika i byliśmy świadkami bezprecedensowego ożywienia i uprzejmości wobec Tradycji. Kard. Gagnon przybył do Econe i wychwalał dzieło Arcybiskupa. Rozmowy z papieżem, z kard. Ratzingerem, listy mające wykazać błędy Vaticanum II (wszystkie pozostały bez odpowiedzi). Na koniec osiągnięto porozumienie co do tego, że dla Tradycji wyświęcony zostanie biskup i abp Lefebvre podpisał 5 maja protokół zapewniający, że kandydat będzie konsekrowany w tym celu, by kontynuować dzieło Bractwa św. Piusa X. Jednak choć władze rzymskie podpisały ten protokół, nie zamierzały honorować zawartego porozumienia. Arcybiskup zapytał o bardzo praktyczną kwestię: kiedy mogłaby się odbyć ceremonia konsekracji - i zaproponował jako porę najbardziej odpowiednią koniec roku seminaryjnego. Okazało się jednak, że to niemożliwe, że to za szybko. To może w sierpniu, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny? Nie, to nie najlepsza pora. Może na Boże Narodzenie? Niech się zastanowimy.. I tak dalej. Podpisali oni protokół, którego nie mieli zamiaru honorować, więc Arcybiskup dokonał konsekracji biskupów, na którą Rzym zasadniczo udzielił już zgody, pomimo iż niesprawiedliwie twierdzi się, że Arcybiskup działał bez mandatu papieskiego. W wyniku tych konsekracji Rzym opublikował motu proprio Ecclesia Dei stwierdzający zaciągnięcie przez Arcybiskupa ekskomuniki, co było zarówno niesprawiedliwe jak i bezprawne. Różne wspólnoty indultowe, czy jak je nazywamy wspólnoty Ecclesia Dei stworzone zostały z tych, którzy opuścili abpa Lefebvre. Na przykład Bractwo świętego Piotra utworzone zostało z byłych członków Bractwa świętego Piusa X. Klasztor Dom Gererda we Francji, choć ten ostatni uczestniczył w samych konsekracjach biskupich, zintegrowany został później ze strukturami Ecclesia Dei. Również liczne inne małe grupy dostały się na przestrzeni kolejnych lat pod parasol Ecclesia Dei. Wszystkie one jednak, aby uzyskać uznanie kanoniczne, spełnić musiały warunki wymieniane przez indult z roku 1984, czyli owe trzy warunki, o których już mówiliśmy: żadnej krytyki soboru i jego reform; żadnego uszczerbku dla wdrażania reformy liturgicznej i cytując konstytucje Bractwa świętego Piotra: "praca nad doprowadzeniem do jedności tych, którzy pozostają skłóceni z Kościołem na tle obecnych reform liturgicznych". Każda z tych wspólnot zaprzestała w zasadzie realnej opozycji wobec reform soborowych, jako że samym warunkiem ich uznania było zaprzestanie polemik dotyczących soboru. Moglibyśmy podać długą i smutną listę serii kompromisów, które sparaliżowały ich apostolat i opór wobec Kościoła soborowego. Wszystkie one doprowadzone zostały ostatecznie do akceptacji czy nawet celebracji Mszy w nowym rycie. Nie jest to jednak celem obecnej konferencji. Ważniejsze jest zrozumienie, że samą zasadą Mszy indultowej jest kompromis, który prowadzi do autodestrukcji, a nawet do zdrady walki o wiarę i prędzej czy później doprowadzić musi do utraty wiary katolickiej. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że większymi wrogami Kościoła są dziś nie tyle moderniści, ale ci, którzy z modernizmem współpracują. Moderniści są jak siły okupacyjne, tak naprawdę są oni zainteresowani jedynie posiadaniem władzy, jaką dają im diecezje i dykasterie rzymskie do szerzenia swej nowej doktryny. Nie usiłują oni jednak usprawiedliwiać tej doktryny - posługują się argumentem z autorytetu: papież tak mówi, papież to zmienił, sobór tego chce, sobór tego zakazał. Nie próbują nawet cytować papieży żyjących ponad cztery dekady temu. Dla nich Kościół zaczął się podczas II Soboru Watykańskiego, przedtem nie wydarzyło nic specjalnie godnego uwagi. Dla nich wybór jest więc zupełnie prosty - pomiędzy tym, co papieże nauczali wcześniej a tym, czego nauczają obecnie. Jednak wspólnoty Ecclesia Dei usiłują w karkołomny sposób usprawiedliwić dokumenty Vaticanum II i pogodzić je z Tradycją. Znają oni trochę Tradycję, w istocie wielu z nich było jej obrońcami, znają więc język poprzednich papieży. Chcieliby jednak, by papieże ci mówili to samo, co II Sobór Watykański. Tak więc przez rozmaite naciągane argumenty ludzie ci usiłują usprawiedliwić dokument Dignitatis humanae o wolności religijnej, jako pozostający w jakiś tajemniczy sposób w zgodzie z Tradycją, pomimo faktu, że sami jego autorzy twierdzili, że nauka Kościoła w tej kwestii uległa zmianie. Podobnie usiłują oni obronić doktrynę ekumenizmu posługując się argumentami z Tradycji, podczas gdy sam papież interpretuje go w całkowicie przeciwnym sensie, w sensie Asyżu. Podczas gdy moderniści narzucają po prostu nowy ryt Mszy ignorując jakikolwiek zmysł Tradycji, jedynie tak zwani konserwatyści usiłują na wszelkie sposoby wykazać, że ryt ten jest ortodoksyjny, ważny i prawomocny. Tak więc prawdziwym wyznawcą Vaticanum II nie jest modernista, jest to tak zwany konserwatywny katolik, który usiłuje interpretować rewolucję na sposób tradycyjny. Próby te są jednak nie tylko z góry skazane na niepowodzenie, są również ze swej istoty szkodliwe. Ten rodzaj działań przedłuża jedynie okupację Kościoła przez idee, które są mu całkowicie obce i umożliwia modernistom stopniowe niszczenie tradycji Kościoła. Ludzie ci są kolaborantami, którzy osłabiają obronę Kościoła poprzez akceptację i próby usprawiedliwienia idei, które są powodem obecnego kryzysu.

Zakończenie i wnioski praktyczne

Na zakończenie tego, co do tej pory powiedziałem, chciałbym przejść do kilku wniosków praktycznych. Po pierwsze Msza indultowa. Czy możemy w niej uczestniczyć? Jest to z pewnością pytanie, które często sobie zadajecie. Aby na nie odpowiedzieć, wystarczy przypomnieć sobie to, o czym już mówiliśmy: jest to wynik kompromisu. Msza indultowa ustanowiona została w tym celu, aby doprowadzić wiernych do akceptacji nowej Mszy. Możecie więc oczekiwać podczas kazań indultowych pouczeń, że Chrystus Pan ustanowił Mszę jako ucztę, możecie usłyszeć o konieczności zmian w naszych czasach etc. Choć sama Msza może być celebrowana bardzo pobożnie i prawidłowo, cel jest jasny: ma ona doprowadzić wiernych do "zwykłego" sposobu jej celebracji. Jako taka Msza ta może być dobra, zagrożenie stanowić może jednak na przykład nauczanie podczas kazania. Ponadto kapłan odprawiający Mszę indultową odprawia na co dzień nową Mszę, będzie więc postępował stosownie do przyzwyczajeń nabytych podczas jej celebracji. Istnieje więc niebezpieczeństwo zmieszania dwóch rytów, zezwalania na przyjmowanie Komunii na rękę czy na inne świętokradztwa. W każdym przypadku należy roztropnie osądzić jak prawdopodobne jest niebezpieczeństwo, jednak również chrześcijańska roztropność podpowiada nam, że jeśli istnieje możliwość uczestnictwa we Mszy, podczas której niebezpieczeństwa te nie występują, mamy obowiązek udać się właśnie na nią. Trzeba również pamiętać, że Msza nie jest jedynie prywatną formą pobożności, ale aktem publicznym. Uczestnicząc we Mszy indultowej pośrednio dajemy do zrozumienia, że zgadzamy się z warunkami wymaganymi dla udzielenia indultu, warunkami które są, jak widzieliśmy, nie do przyjęcia. Jeśli jednak nie ma innej możliwości uczestnictwa w tradycyjnej Mszy, oczywiście powinno się uczestniczyć w indulcie, zamiast w Mszy modernistycznej - należy jednak być w pełni świadomym, że nie jest to sytuacja idealna. Konferencja ta nie ma na celu krytykowania tych, którzy uczestniczą we Mszy indultowej - w Mszach tych uczestniczy wielu dobrych katolików, dostrzegających problem jaki niesie ze sobą nowa Msza. Być może nie rozumieją oni jeszcze wszystkiego, zachowali jednak przynajmniej zmysł wiary. Są nawet tacy, którzy odkryli Tradycję dzięki indultowi. To, co było pomyślane jako droga do nowej Mszy, jest często drogą odejścia od niej. Bóg czyni dobry użytek z tej sposobności aby doprowadzić do siebie dusze, pragnie bowiem ich uświęcenia. Jednak owe prawdziwie pobożne dusze same dojdą z czasem do wniosku, że indult nie jest rozwiązaniem i w naturalny sposób, o ile wytrwają w swej walce o Tradycję, dołączą do tych, którzy opierają się reformom w sposób konsekwentny i spójny. A co z motu proprio Summorum pontificum? Czyż nie zmienia ono wszystkiego? Pod pewnym względem motu proprio jest wielkim zwycięstwem Tradycji i usprawiedliwieniem walki podjętej przez abpa Lefebvre. Fakt, że Stolica Apostolska przyznaje, iż Msza Trydencka nigdy nie została zniesiona i że każdy kapłan mam prawo ją odprawiać jest ważnym punktem zwrotnym w naszej walce o prawa Tradycji. Fakt, że prawo Kościoła uznaje to, jest dowodem na słabość okupacji. Kiedy jednak przyglądniemy się stosowaniu i praktycznym dyrektywom dotyczącym motu proprio dojdziemy do konkluzji, że znajdujemy się w sytuacji bardzo podobnej jak po ogłoszeniu poprzednich indultów. Sami dobrze wiecie, jak hojnie biskupi się do niego stosują. Rzym powiedział, że każda parafia powinna mieć przynajmniej jedną Mszę w starym rycie, ile jednak takich parafii możecie wskazać w waszej diecezji? Bardzo niewiele, jeśli nie żadnej. Ponadto Msze sprawowane wedle wolności potwierdzonej przez papieża podlegają często tym samym wypaczeniom i niespójnościom co Msze indultowe - przykładem może być Msza która miała być odprawiona 18 maja w katedrze w Cardiff. Dziekan katedry nalegał, by służyły do niej ministrantki, co ostatecznie doprowadziło do odwołania celebracji. Podobne przykłady można by mnożyć i jest to dowodem na to, jak niebezpieczne jest powierzanie odprawiania tradycyjnej Mszy modernistycznym kapłanom. Po drugie, sam papież podczas ostatniej podróży do Lourdes stwierdził, że motu proprio jest jedynie aktem duszpasterskiej tolerancji wobec pewnej grupy ludzi. Powiedział również, że nie ma sprzeczności pomiędzy nową a starą liturgią, co jest po prostu fałszem, i stwierdził, że mogą się one wzajemnie ubogacać. Nie jest jasne, co ma to oznaczać w praktyce, sprawia to jednak wrażenie, że stary ryt będzie w jakiś sposób "ubogacony" przez takie nowinki jak Komunia na rękę czy ministrantki. Co ciekawe, gdy kongregacja rzymska stwierdziła, że wyrażenie "pro multis" (za wielu) jest niewłaściwym i błędnym tłumaczeniem, biskupi dostali cztery lata na korektę ksiąg liturgicznych. Jednak nowa modlitwa za Żydów z tradycyjnej liturgii Wielkiego Piątku została narzucona praktycznie natychmiast. W oczywisty sposób nie chodzi o ochronę wiary czy Tradycji, ale o praktykowanie ekumenizmu z tak zwanymi "integrystami". Na koniec nie wolno nam zapominać, że wdrożenie motu proprio będzie zawsze zależało od kaprysu biskupa diecezji i tych samych duszpasterzy, którzy czynili wszystko co w ich mocy, by wykorzenić tradycyjną Mszę ze swych parafii. Tak więc nadzieja na nagły renesans tradycyjnych Mszy po motu proprio jest czystą iluzją. Dopóki papież nie wzmocni tego dekretu usuwając biskupów, którzy nie chcą się do niego stosować, nie będzie żadnej racjonalnej nadziei na to, by życie parafialne zwykłych wiernych podobne było do życia ich przodków sprzed zaledwie trzech dekad. Tak więc, drodzy przyjaciele, niech mi będzie wolno zakończyć tę konferencję wezwaniem: "Nie porzucajcie walki!" Walczyliśmy przez tak wiele lat, by zachować Tradycję Kościoła i dobry Bóg pobłogosławił nam hojnie wieloma powołaniami i kaplicami na całym świecie. Były zwycięstwa, były też zdrady. Walczyliśmy mężnie przeciwko wszystkim błędom, które okupanci usiłowali nam narzucić - nie zaczynajmy po tylu latach oporu współpracować z heretykami okupującymi Kościół. Walka będzie długa, jako że moderniści naprawdę okupują wszystkie organy Ciała Mistycznego. Zajęli już nasze piękne kościoły i pomniki wiary. Wypaczyli sakramenty i pozwolili na wszelkie rodzaje obrzydliwości w naszych świątyniach. Pamiętacie, jak niegdyś naruszona została integralność waszego kraju, nie tylko przez bomby i broń, ale przede wszystkim przez zniszczenie waszej kultury, waszego języka, waszych zwyczajów - mówiąc wprost - waszej duszy. W jaki sposób się wówczas opieraliście? Niekiedy opór zbrojny jest niemożliwy, jednak o sile danego kraju stanowi nie tylko siła jego armii, ale fakt, że jego tradycja i kultura przekazywana jest następnemu pokoleniu. Polska przetrwała nie dlatego, że miała silniejszą armie, ale dlatego, że wasi rodzice i dziadkowie przekazali wam to, co stanowi o ponadczasowej wartości waszego kraju. Przekazali wam jego tradycję. To właśnie musimy czynić jako katolicy, drodzy przyjaciele. Musimy przekazywać to, co otrzymaliśmy, dokładnie to. Nie możemy współpracować z ludźmi, którzy niszczą Kościół, nie możemy zdradzić naszej wiary przez przyjęcie kompromisu. Bóg dał nam darmo sakramenty i jako wolni ludzie możemy je przyjmować. Tradycja nie jest własnością jednej osoby, pochodzi od tych wszystkich, którzy nas poprzedzili. Nie musimy prosić o zgodę na zachowywanie tradycji naszych przodków we wierze. Naszym obowiązkiem jest ją przekazywać, dawać ją innym i w ten właśnie sposób Kościół będzie trwał do końca czasów, ponieważ Bóg zawsze znajdzie tych, którzy pragną być Mu wierni. Tak więc, moi drodzy przyjaciele, życzę wam właśnie tej wierności, oby Matka Boża, która stała u stóp naszego Zbawiciela gdy był On wyniesiony na Krzyżu, natchnęła was odwagą i siłą, byście pozostali wierni do czasu, aż zobaczymy chwałę Jego Zmartwychwstania, chwalebne zmartwychwstanie Jego Kościoła, jak to zapowiedziała Niepokalana w Fatimie. 

Niech was Bóg błogosławi i strzeże, dziękuję za waszą uwagę.

Ks. Jan Jenkins FSSPX






czwartek, 18 kwietnia 2013

Rekolekcje ignacjańskie - najbliższe terminy.










REKOLEKCJE IGNACJAŃSKIE




1.07. - 6.07.2013 Warszawa – dla mężczyzn

8.07. - 13.07.2013 Bajerze – dla mężczyzn i kobiet

19.08. - 24.08.2013 Warszawa – dla kobiet

26.08. - 31.08.2013 Bajerze – dla mężczyzn i kobiet


Należy zgłosić się przynajmniej 4 dni przed rozpoczęciem rekolekcji. 

Telefoniczne zgłoszenie przyjmuje Br. Maksymilian i pracownik Wydawnictwa Te Deum (Przeorat Warszawa). 

Zgłoszenie emailem proszę wysłać na info@piusx.org.pl

KOSZT REKOLEKCJI: co łaska. Dla informacji: utrzymanie (wyżywienie, koszty eksploatacyjne etc.) jednej osoby wynosi min. 50 zł dziennie.