środa, 19 grudnia 2012

Jasna Góra. Dzieje Cudownego Obrazu.








alve Regina!








M a r y j o,   K r ó l o w o   P o l s k i,
M a r y j o,   K r ó l o w o   P o l s k i,
j e s t e m   p r z y   T o b i e,   p a m i ę t a m,
j e s t e m   p r z y   T o b i e,   p a m i ę t a m,
c z u w a m.






Ks. Karol Stehlin - "Jasny szlak na Jasną Górę"             

Drodzy Czytelnicy!
W sierpniu – miesiącu pieszych pielgrzymek z całej Polski do Częstochowy – może niejednemu nasuwa się pytanie, dlaczego to największe polskie sanktuarium, zwane przez naszych przodków sercem Polski, nosi akurat nazwę „Jasna Góra”. Jest to nazwa czysto symboliczna, bowiem w tym wypadku o górze w znaczeniu geograficznym nie może być mowy. W rzeczywistości mamy tu do czynienia z nazwą, która odzwierciedla przymioty Matki Bożej. Ojcowie Kościoła często porównywali Maryję z wysoką górą, która przewyższa wszystkie inne góry swym majestatem, pięknem i wspaniałością. Idąc śladem Ojców Kościoła, najpierw porównajmy Maryję do góry Syjon. To Ona – mistyczna góra Syjon, którą Bóg wybrał na swój umiłowany przybytek. Na górze Syjon król Salomon zbudował świątynię, do której w dawnych czasach co roku pielgrzymowali członkowie ludu niegdyś wybranego, bo tylko tam mieszkał duchowo Pan Bóg. Maryja stała się świątynią, w której zamieszkał Bóg-Człowiek. Świątyni na górze Syjon już nie ma. Maryja zaś jest niezniszczalnym dziełem rąk Bożych. Do Niej przychodzą ludzie wszystkich stanów i narodów, starsi i młodsi, mężczyźni i kobiety, aby z Jej rąk otrzymać Zbawiciela i Jego łaski.
Teraz porównajmy Maryję do Góry Błogosławieństw. Chrystus Pan na Górze Błogosławieństw przedstawił wiernym swój program życia. Kto ów program przyjmie, ten sam będzie błogosławiony. W całej rozciągłości ten program przyjęła Maryja. Ona jest najdoskonalszym urzeczywistnieniem nauk Chrystusa, „błogosławioną między wszystkimi niewiastami”, najdoskonalszym stworzeniem Bożych rąk, a przez Nią i w Niej Chrystus wzywa nas wszystkich, abyśmy byli „ubodzy w duchu”, „spragnieni sprawiedliwości”, „czystego serca” itd. Porównajmy Maryję także do góry Tabor. Na tej górze Chrystus przemienił się w obecności trzech Apostołów – Piotra, Jakuba i Jana. Przez chwilę ukazał im blask swego odwiecznego majestatu. Tam również objawił się Ojciec niebieski najwznioślejszym wyznaniem i wezwaniem: „Oto Syn mój umiłowany, w którym mam całe upodobanie, Jego słuchajcie”. Do końca świata Maryja jest tą osobą, w której Chrystus objawia blask swego tryumfu. Czy wręcz niezliczone sanktuaria maryjne, rozsiane po całym świecie, słynące łaskami, nie są pewnym odbiciem odwiecznego blasku tryumfującego Króla, który przez swą Matkę przemienia całe narody i ukazuje nadzwyczajne skutki swych łask? A także czy same sanktuaria nie są nieustannym wyznaniem prawdy, że tylko Chrystus jest prawdziwym Bogiem i tylko w Nim możemy osiągnąć zbawienie?
Kto odbył w swym życiu choć raz, pobożnie i w skupieniu, pielgrzymkę do Lourdes, do Fatimy, na Jasną Górę, do Ostrej Bramy lub w inne podobne miejsce, ten potem lepiej rozumie i głębiej odpowiada na wezwanie Boga Ojca: „Jego słuchajcie!”. Maryję można też porównać do Kalwarii, czy używając innej nazwy tej samej góry, do Golgoty. Jest to najważniejsza góra w historii zbawienia – miejsce naszego odkupienia przez śmierć na krzyżu naszego Pana. Na tej górze Chrystus dał nam nie tylko swe umęczone Ciało, nie tylko swą wylaną Krew, nie tylko swe złożone w zbawczej ofierze życie, ale także dał nam swą Matkę za Matkę. Dopuścił Ją do współuczestnictwa w swoim dziele zbawienia jako Nową Ewę i uczynił Ją przez to Współodkupicielką. Odtąd jest Ona uprzywilejowanym i górującym nad wszystkimi innymi stworzeniami „świętym miejscem Zbawienia”, bo przez Nią i tylko przez Nią, jak przez akwedukt, spływają z Chrystusowego krzyża do dusz ludzkich wszystkie łaski.
Maryja więc może być symbolicznie ukazana jako góra, ale to tylko część symboliki. Pamiętajmy, że pielgrzymkowe miejsce w Częstochowie to nie tylko góra, ale Jasna Góra. Maryja jest jasną górą, górą emanującą światłem. W obecności Maryi ciemności i cienie, mgły i zamiecie, herezje i schizmy rozpraszają się i robi się jasno. Bez Maryi nie rozumiemy niezbadanych wyroków i dopustów Bożych. Bez Maryi tracimy gotowość do ofiary. Zaślepieni ciemną i duszną atmosferą materializmu i doczesności, wzdrygamy się na myśl o jakimś nowym wysiłku w realizacji Bożej woli. Wydaje się nam, że jest nam za ciężko, za dużo cierpimy, za mało mamy w życiu przyjemności. Dopiero gdy stajemy przed Jej obliczem (noszonym w duszy lub namalowanym na jakimś obrazie), wszystko staje się jasne: i wartość wyrzeczenia, i potrzeba wytrwałości, i pożytek ofiary... Wyraz Jej matczynych oczu często wystarczy, abyśmy mogli spojrzeć na osoby, wydarzenia i rzeczy we właściwym świetle. To Ona daje nam zdolność wnikania wciąż na nowo i coraz głębiej w tajemnice wiary. Bez Niej tę zdolność szybko tracimy, ulegając złym podszeptom naturalizmu.
Jasność roztaczająca się wokoło Maryi ogarnia nie tylko nasz intelekt, ale także i nasze serca, łącznie z całą zawartą w nich uczuciowością. Serce jest symbolicznym siedliskiem uczuć. Otwierając nasze serca na jasność Maryi, zaczynamy lepiej kontrolować różne nasze uczucia, pragnienia i tęsknoty. Zaczynamy lepiej odróżniać wartości trwałe i autentyczne od pseudowartości. Przede wszystkim zaś wnika w nasze dusze blask miłości Maryi. Błogosławiona jest ta jasność Maryi w naszym sercu. Dzięki niej nasze serce przestaje być kapryśne, zaczyna bić dla prawdziwego dobra i rzeczywistego piękna. Maryja odsuwa od nas wszelką ciemność strachu, lęków i obaw, a także oddala od nas myśli, które wprowadzają do duszy truciznę zazdrości i samolubstwa, a tym samym odbierają pokój naszemu sercu.
I tak Jasna Góra jako ikona Maryi ukazuje się jako wielki ideał, jako najwspanialsze dzieło piękna i światłości, jako szczyt, który za wszelką cenę powinniśmy osiągnąć. Weźmy też pod uwagę jeszcze inny wymiar. Otóż Jasna Góra rozpraszała ciemności fałszywych religii i odpierała ataki tych, którzy chcieli ujarzmić, a nawet zniszczyć nasz katolicki naród. Niszczyć naród można nie tylko poprzez fizyczne uśmiercanie jego synów i córek, ale także poprzez wyrywanie z dusz prawdziwej wiary. Bez katolickiej wiary naród polski musi zatracić swoją tożsamość i swoją podmiotowość. Dlatego każdy atak na wiarę katolicką Polaków musi być zakwalifikowany jako działanie antynarodowe. Dramat naszych czasów polega między innymi na tym, że tego rodzaju antynarodowe działania coraz częściej podejmują sami Polacy, tak jakby chcieli podłożyć ogień pod własny dom. Obecna w cudownej ikonie na Jasnej Górze Maryja była i jest przeszkodą dla takich działań. Przez liczne nadzwyczajne wydarzenia w historii pokazywała wszystkim, że tytuł Królowej Korony Polskiej to nie piękne marzenie, sentymentalne westchnienie czy wyraz przesadnej maryjności, to nie tylko piękne rozważanie, lecz rzeczywistość sprawdzona na polach fizycznych i duchowych bitew. Góra jako taka zatrzymywała i wciąż zatrzymuje dziejowe burze. Natomiast jej jasność dawała i daje do dzisiejszego dnia otuchę i pocieszenie wszystkim, którzy do góry się zbliżą. Jasna Góra będzie do końca świata sercem Polski albo duchową stolicą Polski, miejscem, ku któremu kierują się myśli najszlachetniejszych synów i córek narodu, miejscem, gdzie biją ich serca, miejscem, skąd na cały kraj rozlewają się strumienie miłości Bożej i miłosierdzia Bożego, siły duchowe i wszystkie cnoty.
Rzeczywistość Jasnej Góry zawiera w sobie szczyt, cel naszego życia, ale nie tylko. Duchowe znaczenie tego miejsca jest tak bogate, że znajdujemy w nim także sam długi szlak naszego życia i drogę, po której winien podążać ku Bogu cały naród. Jasność tej góry oświetla więc nie tylko sam szczyt, ale także i szlak ku niemu prowadzący. Ów szlak, owa droga stają się „jasne” i „wzniosłe jak wysoka góra”. Dziś szlak życia wielu ludzi niestety nie jest już jasny. Dotyczy to przedstawicieli wszystkich grup społecznych, ale my zwróćmy tu uwagę szczególnie na swe własne szeregi. Mimo że całym sercem wierzymy w Chrystusa i czcimy Maryję, że chcemy być katolikami wiernymi Tradycji, to jednak w konkretnym codziennym stąpaniu po szlaku życia niektórzy z nas popełniają istotne błędy. Wydaje się, że nie znają elementarnych reguł obowiązujących wędrowców wspinających się na górę. Często tracą równowagę nad przepaścią, zbaczają z oznakowanego szlaku, tracą orientację w terenie, upadają, łamią sobie nogi... Z rozmarzeniem patrzą na szczyty okryte jeszcze poranną mgłą, a nie pilnują szlaku przez doliny pogrążone jeszcze w ciemnościach nocy.
Otóż Maryja, ukazana przez symbolikę nazwy „Jasna Góra”, jest jak słońce, które wspina się wysoko i wysyła swe promienie do wszystkich zakątków naszego indywidualnego i społecznego życia. Jednak nie dzieje się to automatycznie. Warunkiem takiego oddziaływania Jasnej Góry jest nasza zgoda na przyjęcie Jej światła. Trzeba, byśmy otworzyli zdecydowanie, szeroko drzwi i okna naszych serc. Wszystkie nasze działania podejmujemy ze względu na jakiś cel, a w każdym działaniu posługujemy się jakimś środkiem. Otóż Jasna Góra przedstawia nam, że za każdym bezpośrednim celem naszego czynu jest jeszcze inny, wyższy cel, dla którego osiągnięcia warto się poświęcić. Osiągajmy cele przyrodzone w taki sposób, by nie utracić celu nadprzyrodzonego naszego życia. Nawet banalne, proste i codzienne czynności znajdują swe odbicie w wieczności. Wszystko więc, co robimy, róbmy z myślą o wieczności, z intencją podobania się Panu Jezusowi. Jeśli tak będziemy postępować, to będzie znak, że promienie Jasnej Góry wnikają w nasze codzienne sprawy. W ich jasności zobaczymy nagle, jak wiele intencji i pragnień, spraw i uczynków okazuje się brudnymi, podczas gdy wcześniej w mroku uważaliśmy błędnie, że są w całkiem niezłym stanie. To słońce, jakim jest Jasna Góra, przenika nas przedziwnym ciepłem, dając nam także środki potrzebne do postawienia kolejnego kroku na szlaku życia. Jasna Góra jako miejsce jest między innymi skarbnicą dzieł sztuki sakralnej, ale Jasna Góra jako symbol Maryi jest skarbcem środków zbawienia. Dzięki bijącej z niej jasności pamiętamy, że jesteśmy jeszcze w drodze, a ziemia, po której chodzimy, nie jest naszym ostatecznym domem, a jedynie przestrzenią, w której odbywamy swoją podróż. Nie wolno etapu podróży uznać za koniec podróży, tak jak nie wolno samej podróży pomylić z docelowym miejscem przeznaczenia. Nie należy więc zatrzymywać się zbyt długo na kolejnych etapach. Nie powinniśmy tracić czasu i sił. Cały szlak, wraz ze swoim zwieńczeniem w wieczności, bardzo wyraźnie stoi przed naszymi oczami. Stawiajmy więc na nim pewnie kroki, ale tak, by były to kroki katolickie, to znaczy zbliżające nas do szczytu. Kto tak żyje, ten wypełni swoje życie aż po same brzegi sensem, pięknem i jasnością Maryi. Patrząc na Nią, coraz bardziej wspinajmy się w górę. Z każdym krokiem oddalajmy się bardziej od nizin i ciężkiego powietrza doliny łez, a oddychajmy coraz częściej świeżym górskim powiewem. Tym samym cała nasza osoba (i cielesny organizm, i nieśmiertelna dusza) orzeźwi się i nabierze ochoty do dalszej wspinaczki.
Oto krótkie rozważania, które mogą nas zachęcić, by zbliżyć się do Królowej Polski i uczynić to z właściwym duchowym nastawieniem. Nierzadko zdarza się, że ludzie zbliżają się do Maryi, ale bez odpowiedniego nastawienia. Sierpień jest czasem, w którym na Jasnej Górze widać wiele imponującej, katolickiej żarliwości, ale także niemało pseudokatolickich postaw. Liczne pielgrzymki zatracają swój pokutny charakter, zmieniając się w rozrywkowe imprezy, liczni pielgrzymi przywdziewają nieskromne stroje, bo – jak mówią – jest im gorąco, bębenki, trąbki i gitary zastępują powagę pokutnych pieśni, a przede wszystkim – co najboleśniejsze – nowa Msza niemal wyłącznie okupuje kaplicę Cudownego Obrazu Jasnogórskiej Pani. Niech te smutne sprawy będą dla nas bodźcem do ukazania swym zachowaniem dobrego przykładu.
W tym miesiącu pielgrzymka katolickiej Tradycji już po raz szesnasty wędruje z Warszawy na Jasną Górę. Z serca błogosławię wszystkim jej uczestnikom i czytelnikom naszego pisma. Ω
Ksiądz Karol Stehlin; Wstęp do "Zawsze Wierni" nr 8/2010

































Dzieje cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej


Tak często mówimy o Królowej Korony Polskiej, tak często Ją wzywamy w swych modłach, wiemy przy tym, że za miejsce szczególnie ukochane, z którego rozdziela zdroje łask swym dzieciom polskim, obrała sobie Jasną Górę w Częstochowie. Przeto kogo zajmują dzieje czci Bogarodzicy na ziemiach polskich, dzieje, w których obraz M. B. Częstochowskiej tak wybitną odgrywa rolę, tego niezawodnie też zajmować będzie pochodzenie i dzieje samego cudownego obrazu częstochowskiego. Dlatego wykład niniejszy chce czytelników z tymi dziejami zaznajomić. (…)
Dzieje tego obrazu sięgają czasów bardzo dawnych, jakkolwiek nie wszystko, co o nim wiemy, opiera się na niezbitych pewnikach historycznych. Pewniejsze wiadomości o nim datują się dopiero od r. mniej więcej 1382, tj. od czasu, kiedy cudowny obraz do Częstochowy na Jasną Górę sprowadzono. Wcześniejsze jego dzieje pokryte są mrokiem, ale rozjaśnianym legendami i podaniami, które jak barwne tęcze otaczają urokiem cudowności postać naszej częstochowskiej Bogarodzicy i Jej Bożego Dzieciątka.
Według tych legend obraz jest malowany przez św. Łukasza ewangelistę na cyprysowej płycie stolika, który był uświęcony tym, że służył samemu Zbawicielowi. Jak głoszą niektóre podania, stolik ten był wykonany przez św. Józefa, o którym powiada tradycja, że był cieślą. Według innych podań wyciosał ów stolik sam Pan Jezus, kiedy w warsztacie św. Józefa w Nazarecie zaprawiał się pod okiem swego przybranego ojca do pracy ciesielskiej. Gdy po śmierci Pana Jezusa Najświętsza Panna, oddana w opiekę św. Janowi, zamieszkała wraz z nim w Jerozolimie u jego ojca, pobożnego Zebedeusza, ów stolik znalazł się również w domu Zebedeusza. Zrządzenie Boże sprawiło, że w tym czasie przybył do Jerozolimy św. Łukasz, z zawodu lekarz, mąż światły i uczony i równocześnie biegły w malarstwie. Św. Łukasz, pozostając przez dwa lata w Jerozolimie i rozmawiając z Najświętsza Panną wiele o Panu Jezusie, napisał w tym czasie swą ewangelię, a kiedy wierni na niego nalegali, żeby jeszcze wizerunek Najświętszej Panny utrwalił w obrazie, uczynił to, malując na owym cyprysowym stoliku Najświętszą Pannę, trzymającą na ręku swe Boskie Dziecię.
Wprawdzie, to co tu powiedziano o powstaniu cudownego obrazu jasnogórskiego, to wszystko tylko pobożna legenda. Czy w tej legendzie jednak nie miałoby być ani ziarna prawdy? Jeżeli weźmiemy pod uwagę, co podania mówią o dalszych jego kolejach, i przy tym, że obraz istotnie jest malowany na drzewie cyprysowym, to przynajmniej tyle możemy o nim powiedzieć, że wyjątkową czcią otaczano go już w najdawniejszych czasach, już długo przedtem, nim jeszcze na ziemiach polskich stał się tym świętym przybytkiem narodowym, i że nawet rzeczywiście św. Łukasz mógł być jego twórcą.
Według dalszych podań drogocenna pamiątka w pierwszych trzech wiekach, kiedy chrześcijaństwo doznawało srogich prześladowań, była pilnie strzeżona przez chrześcijan na wschodzie. Wreszcie jednak, gdy chrześcijaństwo uzyskało wolność i z podziemi i katakumb mogło wyjść na świat i budować własne świątynie, przywiozła go św. Helena, matka cesarza Konstantyna, do Konstantynopola i złożyła w kaplicy pałacowej. Otrzymała go od dotychczasowych jego właścicieli wraz z innymi pamiątkami świętymi, kiedy bawiła na miejscach uświęconych życiem i śmiercią Zbawiciela, aby odszukać krzyż Chrystusa i inne świętości, pozostałe po naszym Zbawcy.
Z Konstantynopola wreszcie dostał się święty obraz na Ruś. Że stać się to mogło bardzo łatwo, zrozumiemy, jeżeli zauważymy, że światło wiary przyszło do rozmaitych narodów słowiańskich, a pomiędzy nimi i na Ruś nie z Rzymu, lecz z Konstantynopola, którego patriarchowie dawniej jeszcze należeli do jedności Kościoła Chrystusowego, i że cesarze wschodni nieraz wydawali córki swe za książąt krajów słowiańskich. Przy tej okazji mógł też obraz święty jako posag przybyć w te strony z wychodzącą za mąż córką cesarza. Tak też się stać mogło około r. 971, kiedy to według świadectwa uczonego Kromera Włodzimierz, książę ruski, brał za żonę Annę, siostrę cesarzów greckich Bazylego i Konstantyna. Wtedy „wyprawiając w tę podróż Bracia Annę, prócz innych skarbów dali Jej ten obraz Najświętszej Panny jako najdroższy klejnot”.
Obraz umieszczono w Haliczu [koło Stanisławowa, lub jak mówią dziś Ukraińcy, koło Iwano-Frankowska, na Podolu], ale niebawem dostał się znowu w inne posiadanie, mianowicie przeszedł na własność książąt opolskich, którzy przenieśli go do zamku bełzkiego [w Bełzie koło Lwowa], wówczas do nich należącego. Tam pozostawał przez kilkaset lat.
Kiedy jednak z powodu coraz częstszych napadów tatarskich nie był w dotychczasowym swym schronieniu dość bezpieczny, Władysław, książę opolski, postanowił go przewieźć do swojej stolicy, do Opola na Śląsk. Ale Najświętsza Panna wybrała sobie inne miejsce dla swego świętego wizerunku, miejsce, skąd chciała całej polskiej krainie rozdzielać nieprzebrane dobrodziejstwa jako słońce łask i skąd całemu polskiemu narodowi chciała królować jako jego Pani i Królowa. To też, kiedy już wszystko do drogi było gotowe, kiedy obraz był umieszczony na wspaniałym rydwanie, a rumaki zaprzężone, okazało się, że ani rusz z miejsca nie można było się posunąć. Konie nie mogły obrazu udźwignąć.
Poznał książę, że Bóg daje mu znak z nieba, upadł na kolana i w gorącej modlitwie prosił Go i Matkę Najświętszą o wskazanie mu Ich świętej woli. Wtedy we śnie objawiła mu się Matka Boska i dała mu upomnienie, żeby obraz złożył na Jasnej Górze. Z pokorą spełnia Opolczyk zlecenie Bogarodzicy i około r. 1382 umieszcza go tamże w drewnianym kościółku. Wkrótce potem sprowadza jako stróżów tej świętości zakonników św. Pawła, zwanych paulinami, i powierza im ten skarb drogi. Odtąd aż do naszych czasów ojcowie paulini strzegli i strzegą tego świętego przybytku narodowego.
Tymczasem sława cudownego obrazu rosła z każdym dniem i rozeszła się aż poza granicami Polski. Napływało coraz więcej pobożnych pielgrzymów do tego świętego miejsca, mnożyły się cuda, mnożyły się wota, nieraz nawet kosztowne, które zawieszano na obrazie lub umieszczano w skarbcu klasztornym. Przesadne wieści o bogactwie klasztoru znęciły wnet rabusiów. W r. 1430 husyci, zwolennicy kacerskiej nauki Husa, napadli na klasztor i go obrabowali. Święty obraz Matki Boskiej, wotami obwieszony, zdarli z ołtarza i chcieli go ze sobą uprowadzić. Ale gdy przybyli na miejsce, gdzie stoi obecnie kościół św. Barbary, konie się zatrzymały i żadnym sposobem nie można było ruszyć w dalszą drogę. Wtedy rozwścieczeni husyci obraz rozbili na trzy części i rzucili je w błoto, a jeden z nich, widząc, że święte oblicza były nieuszkodzone, w swej nienawiści ciął w nie dwa razy szablą. Za tę świętokradzką zbrodnię został przez Boga ukarany natychmiastową śmiercią.
Porzucone części obrazu pozbierali ojcowie paulini i obmyli w wodzie źródła, które wtedy cudownie miało wytrysnąć. Źródło to po dziś dzień istnieje i słynie ze swych cudownych własności leczenia chorób oczu. Z czasem zbudowano nad nim kapliczkę, nad którą czytamy taki napis, streszczający dzieje cudownego obrazu: „Lat trzysta w Jeruzalem, pięćset w Carogrodzie słynęłam władzą wszelką na ziemi i wodzie. Pięćset na bełzkim zamku byłam strażnikową. Piąte sto Jasna Góra czci mnie za Królową”. Obraz zawieźli ojcowie paulini do Krakowa, do króla Jagiełły. Ten dał go przez najbieglejszych malarzy naprawić. Tylko blizny na twarzy Bogarodzicy nie chciały się wcale dać usunąć. Wtedy, upatrując w tym wolę Bożą, król zarządził, żeby blizny pozostały, a obraz we wspaniałym orszaku odprowadzono z Krakowa na Jasną Górę.
Od tego czasu Częstochowa coraz bardziej się staje świętą arką przymierza narodu polskiego, przedmiotem jego najgłębszej czci i najgorętszego ukochania. Jak kwiat ku słońcu się zwraca, tak ku świętemu obliczu M. B. Częstochowskiej zwracały się odtąd przez wszystkie wieki aż do czasów obecnych oczy i serca wiernych dzieci Ojczyzny Polskiej. Królowie we wszystkich ważniejszych chwilach poruczali losy Ojczyzny M. B. Częstochowskiej, a zresztą każdy dobry Polak pragnął i pragnie choć raz w życiu pomodlić się przed cudownym obliczem naszej ukochanej Matki Jasnogórskiej.
W dalszym postępie dziejów przeżywał klasztor i cudowny wizerunek Matki Boskiej niejedną chwilę groźną i smutną, ale też niemało dni podniosłych i radosnych. Dni grozy nadeszły dla Jasnej Góry, kiedy oblegali ją Szwedzi pod generałem Müllerem w r. 1655. Oczy pełne łez podnosili Polacy do tej Matki Boskiej Częstochowskiej podczas 150-letniej udręki, kiedy Ojczyzna nasza nosiła pęta gnębiącej niewoli. Cztery razy pożar nawiedził klasztor i kościół na Jasnej Górze. Nidy zresztą nie ogarnął przy tym kaplicy z cudownym obrazem. Podczas ostatniego pożaru w r. 1900 spłonęła wieża kościoła. Ale odbudowano ją wnet jeszcze wspanialszą i okazalszą, niż była dawniej. Największy jednak cios spadł na święte miejsce i cały naród, kiedy w gronie stróżów cudownego obrazu, pomiędzy samymi paulinami, znalazł się niegodziwiec, kapłan bez powołania, nazwiskiem Macoch, który świętokradzką rękę podniósł na sam obraz i ograbił go z kosztowności, które się na nim znajdowały: z perłowej sukienki, koron, złocistych promieni i kilkudziesięciu drogocennych złotych i srebrnych wotów.
Lecz obok tego patrzyła Częstochowa na niejedno wydarzenie, które radością niezmierną mogło napełnić każdego wierzącego Polaka. W Częstochowie królowie polscy tylekroć dziękowali Maryi za zwycięstwa, odniesione nad wrogami Wiary i Ojczyzny. Przyczyną wielkiej radości było owo dwukrotne koronowanie M. B. Częstochowskiej na Królową Korony Polskiej, pierwszy raz 8 września 1717 r., drugo raz 22 maja 1910 r., po owej zbrodni Macocha. I z radosną podzięką wreszcie zwróciły się serca polskie do Matki Boskiej Częstochowskiej w Ojczyźnie na nowo wskrzeszonej, najpierw, kiedy za przyczyną tej Królowej Korony Polskiej, jak w to niezłomnie wierzymy, pan Bóg nas powrócił „cudem na Ojczyzny łono”, a potem, kiedy znowu w cudowny sposób ratował Ojczyznę z toni, dopomagając Jej do „Cudu nad Wisłą”.
Niechajże dalej Ta, co „Jasnej broni Częstochowy”, opiekuje się naszym narodem i wyjednuje mu potrzebne łaski u tronu Bożego. Aby zaś to mogła czynić, nie stawiajmy Jej przeszkody, lecz starajmy się stawać się tego godnymi, starajmy się być dobrymi Jej dziećmi.
(według książki ks. Piotra Sosnowskiego pt. Królowa Korony Polskiej, 
wydanej w Pelplinie, w 1932 r.)



[Źródło: gdynia.piusx.org.pl]






"Obrona Częstochowy" January Suchodolski




Prawda jest jedna.




hristus Rex!













Jeżeli wierzysz w Boga pamiętaj, że Prawda jest jedna,
Niezmienna i nieodwołalna, i do zbawienia potrzebna.
Te słowa w sercu wyryj i w duszy swej rozważaj,
A jeśli ktoś ci mówi, że ma własną prawdę – uważaj!
Albowiem człowiek sam z siebie niczego nie ustanowi:
Nie ufaj byle komu - zaufaj Kościołowi.
Nie w księdza wierz, ale w Kościół. Nie szukaj podłych błahostek,
Dziś gdy pragnienie prawdy zastąpił głód ciekawostek.
Toleruj głupców, lecz temp głupotę i podły gust.
Nie pozwól w imię miłości zamykać sobie ust.
Niech wiedzą niedoskonali, że są niedoskonali,
Albowiem prawdziwa miłość w prawdzie się doskonali.
Nie próbuj naśladować głupoty prostego tłumu,
Jeżeli Bóg dał ci rozum, to rób użytek z rozumu.
Na przekór inteligentnej wulgarnych mędrców armii,
Niech wiara twa szuka rozumu, a rozum prawdą się karmi.
Niech nie zachwieje tobą dyskurs przewrotnie mętny,
Bo szatan nie ma mądrości jest tylko inteligentny.
Szatan jest księciem kłamstwa oraz artystą grzechu.
Fałsz miesza pół na pół z prawdą, nie rezygnując z uśmiechu.
Przedrzeźnia dobroć Boga i Mękę Zbawiciela,
Ludzkości ułatwia życie, rozgrzeszeń chętnie udziela,
ale kto sobie i innym prawdę powiada w oczy,
takiemu człowiekowi i szatan nie podskoczy.
Lecz nie myśl, poznawszy Prawdę,
Że nic ci więcej nie trzeba.
Najgorszy łajdak może przed Tobą wejść do Nieba.
Bo miłosierdzie Pańskie Sąd Ostateczny uprości:
Każdemu odmierzy tylko według jego miłości.
Ty módl się o miłosierdzie i bądź miłosierny dla brata.
A myśląc o dniu dzisiejszym, myśl zawsze o Końcu Świata.
Jeżeli wierzysz w Boga pamiętaj, że Prawda jest jedna,
Niezmienna i nieodwołalna, i do zbawienia potrzebna.
Te słowa w sercu wyryj i w duszy swej rozważaj,
A jeśli ktoś ci mówi, że ma własną prawdę – uważaj!
Albowiem człowiek sam z siebie niczego nie ustanowi:
Nie ufaj byle komu - zaufaj Kościołowi.



(Jacek Kowalski "Homilia św. Jacka")

wtorek, 18 grudnia 2012

Polecam tę książkę.



Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!










Jest to biografia cygańskiego męczennika wojny domowej w Hiszpanii - 
bł. Zefiryna Gimeneza Malli (1861-1936). 
Autorem tej interesującej książki jest 
Wielebny Ksiądz Edward Wesołek, 
autor "Listów z Bajerza" publikowanych w "Zawsze Wierni".


Oto fragment książki:

„Dziś, kiedy borykamy się z wieloma trudnościami w zachowaniu Tradycji, trzeba się przyjrzeć słowom i czynom błogosławionego Zefiryna i zobaczyć, jak w jego życiu wyglądała ta wierność katolickiej Tradycji. Co on dziś ma nam do powiedzenia, jak on widzi życie dzisiejszych katolików, czym są oni w większości karmieni, jak dziś jest przepowiadana Ewangelia”.

Z "Przedmowy":

"Viva Cristo Rey!" - "Niech żyje Chrystus Król!". Z tymi słowami jako męczennik za wiarę katolicką oddał życie podczas wojny domowej w Hiszpanii Cygan Zefiryn Gimenez Malla. 
Opatrzność Boża zrządziła, że 40 lat później został wyświęcony w Polsce młody jezuita, który miał być później duszpasterzem krajowym Cyganów podczas prawie 30 lat. Ks. Edward Wesołek pragnął całym sercem prowadzić do wiecznego zbawienia powierzone mu dusze tego ludu, który zachował w swoich obyczajach jeszcze wiele elementów pogańskich i któremu ogromnie trudno było żyć według przykazań Bożych i kościelnych.
Dlatego postać pierwszego męczennika rodu Cyganów stała się dla niego i dla gorliwszych z jego wiernych ogromną pomocą i zachętą: "Zobaczcie! - mógł on wołać do trzody - oto jeden z was! To, co on potrafił, wy też możecie! Bądźcie gorliwi jak on!"
(Ks. Karol Stehlin) 




Książka dostępna w Wydawnictwie Tradycji Katolickiej "TE DEUM".









Ks. Edward Wesołek, Błogosławiony Zefiryn Gimenez Malla

4 maja bieżącego roku po raz pierwszy będziemy wspominać w liturgii bł. Zefiryna, pierwszego Cygana na ołtarzach, który został beatyfikowany przez Ojca Świętego Jana Pawia II w ubiegłym roku w Rzymie,
Urodził się on w sierpniu 1861 r. w Benavent de Segria koło Leridy w Katalonii. Ochrzczony w dniu św. Zefiryna, papieża i męczennika, 26 sierpnia, otrzymał jego imię. Jednak zwyczajem Cyganów, dano mu także cygańskie imię, którym się posługiwał wśród swoich – Pele. Był pierwszym dzieckiem związku dwojga biednych koczowników, którymi byli Juan Gimenez i Josefa Maiła. Wychowany w duchu cygańskich zwyczajów, żył uczciwie i na swój sposób pobożnie. W dzieciństwie zaznał wiele biedy takiej, że nieraz szedł głodny spać, bo nie było co jeść. Stąd też do końca życia był wrażliwy na biedę i nigdy nie pozostawiał bez pomocy człowieka będącego w potrzebie. Do szkoły nigdy nie chodził, jednak był człowiekiem mądrym, którego przyjaźni nie wstydził się profesor uniwersytetu, adwokat – don Nicolas Santos de Otto Escudero, szlachcic, odznaczony przez króla szczególnymi przywilejami. Trudno powiedzieć, jaki był zasięg jego władzy wśród Cyganów, był jednak ich przywódcą, sędzią, rozstrzygającym różnego rodzaju spory. Z jego wyroku zadowolone były obie strony sporu. Jak widać nie było tu sądu bez pomocy Bożego światła. Jak na Cygana przystało, wykonywał cygański zawód. Zdolności muzycznych ani pięknego głosu nie miał (umiał tylko potrząsać kastanietami i wykrzykiwać ole!), za to lubił konie i znal się na nich. Stąd też zajmował się tymi zwierzętami, hodował je, leczył, handlował nimi. A że był bardzo uczciwy i dobry, majątku się nigdy nie dorobił. Po pewnym bardzo korzystnym handlu mułami mógł sobie kupić skromny dom w ubogiej, cygańskiej dzielnicy Barbastro, gdzie na przełomie wieków się osiedlił.
Mając 18 lat zawarł związek ze starszą od siebie o dwa lata Teresą Gimenez Castro, dziewczyną, jak i on sam, należącą do cygańskiego szczepu Kalów. Dopiero w 1912 roku zawarł z nią Sakrament Małżeństwa. Nie uczynił tego wcześniej, gdyż nie widział takiej potrzeby, nikt go do tego nie starał się przekonywać. Jednak pod czyimś wpływem zawarł ten sakrament, jak zresztą także wyspowiadał się i przyjął Komunię św. Od tego czasu całkowicie zmienił swoje życie religijne. Zrazu co niedziela, potem codziennie uczestniczył we Mszy św., przyjmując Komunię św. Słowa Ewangelii brał poważnie do serca, stąd tak bardzo widoczny był ich wpływ na życie tego Cygana, który stal się nie tylko praktykującym katolikiem, ale i gorliwym apostołem wiary w swoim środowisku. Mimo braku wykształcenia był świetnym katechetą, co do dziś z rozrzewnieniem wspominają ówcześni jego uczniowie – Cyganie i Hiszpanie.
Kiedy w 1926 roku OO. Kapucyni w parafii św. Franciszka z Asyżu w Barbastro, do której należał Błogosławiony, przywracali III Zakon Franciszkański, Zefiryn wstąpił do niego, zostając dyskretem (radnym). Był budującym przykładem i dla współbraci, i dla otoczenia. Zawsze widziano go na różnego rodzaju uroczystościach, procesjach, w których nosił grubą jak ręka świecę lub chorągiew tercjarzy. Najpierw kiedy owdowiał (1922 r.), potem kiedy wstąpił do III Zakonu, stawał się coraz bardziej rozmodlony. Nie rozstawał się z różańcem. Odmawiał go z dziećmi, modlił się z chorymi w przytułku, sam w kościele. Można przypuszczać, że każdego dnia odmawiał cały różaniec.
Nie można w tym skrótowo przedstawionym życiorysie tego wyjątkowego Cygana pominąć sprawy jego szczególnego nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu. Był on członkiem Arcybractwa Czwartków Eucharystycznych i Adoracji Nocnych, z czym wiązał się obowiązek udziału w różnych nabożeństwach i adoracjach. Jego żywą wiarę w obecność Pana Jezusa niech zobrazuje wypowiedź jego przybranej wnuczki.Nieraz chodziłam z nim do kościoła Ojców Klaretynów – wspomina – i pewnego dnia śpiewano między innymi Cantemos al Amor de los amores... Wujek klęczał, a łzy spływały mu po twarzy. Myślałam; jak on kocha Pana!
Jak wszyscy Cyganie, tak i nasz Błogosławiony był wiernym Tradycji w najszerszym tego słowa znaczeniu. Przybraną córkę (własnych dzieci nie miał) wychowywał w poszanowaniu dla starszych, w pobożności. Przysposobiona córka Pepita wracając ze szkoły, pozdrawiała Zefiryna słowami: Ave Maria Purisima i całowała go w rękę. Tradycyjność Cygana przejawiała się w całym jego życiu społecznym i w jego poglądach politycznych. Jest oczywiste, że był zwolennikiem króla, gdyż w państwie katolickim król jest tym, który sprawuje władzę w imieniu Boga, ze świadomością odpowiedzialności przed Bogiem. Toteż kiedy 12 kwietnia 1936 roku republikanie wygrali wybory i król musiał opuścić Hiszpanię, widziałem wtedy Zefiryna płaczącego z tego powodu. Zefiryn Gimenez Malla był, oczywiście, po stronie monarchii – wspomina Nicolas Santos de Otto Clavero, syn profesora.
W tamtym czasie nic nie zapowiadało rewolucji w liturgii, dlatego nie ma potrzeby pisać o jakiejkolwiek obronie tej świętej sprawy. Jednak można i trzeba mówić o obronie wiary, aż do przelania krwi, co się miało wydarzyć w życiu błogosławionego Zefiryna. Katolicy tamtych czasów na czele z duchowieństwem śmiało bronili wiary, wyznawali ją, wierząc, że są bojownikami Królestwa Chrystusowego. Niektórzy niedawno beatyfikowani męczennicy hiszpańscy szli na śmierć tylko za to, że nie chcieli zdjąć habitu czy sutanny. A dziś? Dziś bez oporu spełnia się życzenia przeciwnika. Dziś nie wypada być obrońcą wyznawanej wiary, tych Bożych zasad. Zamiast głosić prawa Boże, mówi się o prawach człowieka, ale te prawa nas nie obronią, uczynić to może tylko Ten, przed Którym „narody (są) jak kropla wody u wiadra” (Iz 40, 15). Piszę o tym, gdyż spotykałem się ze zdaniem, że czas męczenników już minął, że teraz to już tylko dialog, porozumienie. Oczywiście, jest możliwe uniknięcie męczeńskiej śmierci, ale za jaką cenę! Nie można nie przypomnieć tu słów samego Pana Jezusa: „Jeśli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej, niż was, nienawidził”(J 15, 18). Błogosławiony Zefiryn, przyjmując całą Ewangelię, wybrał wierność Panu Jezusowi, nie ustępując tym, którzy należą do świata. Wczasach szczególnego prześladowania ludzi wiernych Bogu, nie mógł nie ponieść męczeństwa. Pewnego razu Błogosławiony powiedział do najbliższych; „Nie zobaczycie mojej śmierci”. Skąd to wiedział? Może Matka Boża, która kiedyś mu się ukazała, przepowiedziała to, zachęcając go do wytrwałości?
Wkrótce po wybuchu wojny domowej, nasz błogosławiony Cygan zatroskany o los kapłanów, o których się dowiadywał, że są aresztowani, a nawet rozstrzeliwani, wyszedł 25 lipca na ulicę zobaczyć co się dzieje. Był świadkiem aresztowania księdza. Wstawił się za nim. Ponieważ znaleziono u niego w kieszeni różaniec, więc i jego zamknięto w więzieniu. Tam kuszony do oddania różańca w zamian za uwolnienie, podziękował za życzliwość i modlił się jeszcze więcej. 9 sierpnia 1936 roku nad ranem wyprowadzono go wraz z kapłanami, zakonnikami i prawdopodobnie biskupem Barbastro – błogosławionym Florentynem (razem z nim beatyfikowanym), i rozstrzelano. Ostatnimi jego słowami był okrzyk Niech żyje Chrystus Król!. Umarł, trzymając w ręku różaniec.
Pamięć o nim żyje do dziś wśród hiszpańskich Kalów. Jego budujący wpływ na Cyganów jest wyraźnie widoczny, a przejawia się to w ich praktykach religijnych. Do dziś wspominają go słowami: Cokolwiek czynił Pele, czynił to z miłością, wszędzie rozsiewał miłość, lub: był dobry dla wszystkich.
Dla większego dobra duchowego narodu cygańskiego trzeba, aby błogosławiony Zefiryn Gimenez Malla został kanonizowany, aby spełniło się jakby proroctwo wypowiedziane w sądzie, (gdzie był niesłusznie oskarżony o kradzież mułów), po ogłoszeniu wyroku uniewinniającego: El Pele no es ni ladrón ni tramposo; es San Ceferino Gimenez Malla, el patron de los gitanos – Pele nie jest ani złodziejem ani oszustem, jest to święty Zefiryn Gimenez Malla, patron Cyganów.

Ks. Edward Wesołek

Literatura:
Don Mario Riboldi, Prawdziwy Kalo, przeł. o. E. Wesołek TJ, Mediolan 1994; Don Mario Riboldi, P. Luigi M. Peraboni, Un vero Kaló. El Pele. Zeffirino Gimenez Malla, Pavia 1997.

Zawsze Wierni, nr 21, 03-04.1998, s. 26.

Niepokalana - w Niej nasze zwycięstwo.


ve Maria!








„Niepokalana – oto nasz ideał. 
Samemu do Niej się zbliżyć, do Niej się upodobnić, pozwolić, by Ona opanowała nasze serce 
i całą naszą istotę, by Ona żyła i działała w nas i przez nas, by Ona miłowała Boga naszym sercem, byśmy do Niej należeli bezgranicznie – oto nasz ideał.” 





Suche Dni Zimowe.


głoszenie




19 grudnia - Środa Suchych Dni Zimowych




21 grudnia - Piątek Suchych Dni Zimowych



22 grudnia - Sobota Suchych Dni Zimowych









W nawiązaniu do Suchych Dni Zimowych, pragnę przypomnieć kazanie Księdza Jana Jenkinsa, które wygłosił w Józefowie 22.09. 2010 roku.



Na środę Suchych Dni wrześniowych

Drodzy Uczniowie, Drodzy Wierni
Dzień dzisiejszy jest wyjątkowy w roku liturgicznym, ponieważ przypada dziś środa Suchych Dni wrześniowych. Suche Dni są pozostałością Starego Przymierza, w którym były dniami mającymi uświęcić każdą porę roku, a obchodzone właśnie dni odpowiadają czasowi jesieni i dziękczynieniu za zbiory. Suche Dni są również dniami, w które wedle starożytnej tradycji, dobrze zakorzenionej już za pontyfikatu papieża Gelazego w V wieku, przeznaczone były na wyświęcanie duchowieństwa – dokonywane w sobotę Suchych Dni. Środa i piątek były natomiast dniami przygotowania, modlitwy oraz dziękczynienia, mającymi uświęcić daną porę roku. Propria tych Mszy są tak starożytne, że zachowują one stary zwyczaj recytacji trzech Lekcji, wziętych ze Starego Testamentu, Nowego Testamentu oraz Ewangelii – Lekcja pomiędzy Graduałem a Alleluja czytana była jedynie w dni o szczególnym znaczeniu lub starożytnym pochodzeniu, jak dzień dzisiejszy.
Zgodnie z tradycją dzień dzisiejszy jest dniem postu i modlitwy oraz praktykowania cnoty wstrzemięźliwości, o której mówiliśmy w zeszłym tygodniu. Widzieliśmy na przykładzie świętej męczenniczki działanie daru Bojaźni Bożej, który odrywa nas od rzeczy tego świata i każe nam postrzegać je w relacji do naszego niebieskiego Ojca. Widzimy jednak w życiu męczenników również inny dar, o którym będziemy mówili w dniu dzisiejszym – dar Męstwa.
Wspaniałą cechą owych darów Ducha Świętego jest głęboka wzajemna zależność i związek pomiędzy nimi w porównaniu do cnót, które są łatwiejsze do rozróżnienia. Cnoty, jak pamiętacie, udoskonalają nasze dusze poprzez fakt, że podporządkowują ich władze rozumowi. Istnieje więc wśród nich naturalna hierarchia lub porządek w stopniu, w jakim cnota jest wyrazem rozumnego osądu. Osąd ten doskonalony jest zwłaszcza poprzez cnotę roztropności. Dlatego właśnie wszystkie cnoty, nawet cnoty wiary, nadziei i miłości, rządzone są przez cnotę roztropności. W pewien sposób człowiek mądry i roztropny posiada wszystkie cnoty, ponieważ to właśnie cnota roztropności kieruje i rządzi wszystkimi pozostałymi. Dlatego nawet bardzo silna i odważna osoba może przestać być cnotliwa wskutek braku roztropności, roztropność rządzi nawet naszymi relacjami względem Boga, określając kiedy i jak powinniśmy się modlić - zwłaszcza wobec innych naszych obowiązków.
W przypadku darów Ducha Świętego mamy jednak do czynienia z jednością głębszą jeszcze niż w przypadku jedności będącej skutkiem podporządkowania władz duszy rozumowi. Dary Ducha Świętego przekraczają niejako rozum, ponieważ zasadą sprawczą nie jest ludzki rozum, ale sam Bóg. Stąd dary Ducha Świętego są dyspozycjami, które udoskonalają nasze dusze poprzez fakt, że poddają je pod panowanie Ducha Bożego. Jednak Duch Boży jest w nas poprzez łaskę uświęcającą i miłość. Posiadamy te dary, gdy jesteśmy w stanie łaski. Miłość, jak powiedzieliśmy w ubiegłym roku, jest cnotą integralnie związaną ze stanem łaski i przyjaźni z Bogiem. Dlatego wszystkie dary Ducha Świętego zjednoczone są przez tę główną cnotę, cnotę Bożej miłości.
Dlatego właśnie dary te są tak tajemnicze w swym działaniu - w życiu świętych widzimy często równoczesne działanie różnych darów. Nawet jeśli każdy z darów ma swą właściwą dyspozycję, ich zasadą jedności i siłą sprawczą jest jedna miłość Boga, który sam jest Jeden. Podobnie jak w Trójcy Przenajświętszej mamy do czynienia z jednością natury w Trzech Osobach, osoba kierowana przez dary Ducha Świętego wykonuje wszystkie akty w miłości, która jednoczy ją z Duchem Bożym. Dlatego właśnie w życiu wielu świętych widzimy często wielką aktywność – na przykład u świętego Ignacego Loyola, który nawracać będzie całe kontynenty na prawdziwą wiarę. Jednak cała jego aktywność jest głęboko zjednoczona w jeden akt miłości. Często to zjednoczenie intencji i motywu zawiera się w zdaniu, będącym rodzajem obsesji lub zawołania bojowego świętego: „Ad majorem Dei gloriam” – na większą chwałę Boga w przypadku świętego Ignacego, „Cierpieć i nie umrzeć” w przypadku świętej Teresy z Avila, czy „Kim jest Bóg?” w przypadku patrona naszej szkoły, świętego Tomasza z Akwinu. Ta głęboka jedność celu i miłości przejawia sie zwłaszcza w działaniu darów Ducha Świętego.
W ubiegłym tygodniu mówiliśmy o darze Bojaźni Bożej, będącym lekarstwem na nasze nieuporządkowane pożądliwości i udoskonalającym cnotę wstrzemięźliwości. Dar Męstwa jest to niego podobny pod tym względem, że również dotyczy naszych pożądliwości, w tym przypadku jednak nie przyjemności, ale niebezpieczeństw i trudności. Dar Męstwa również udoskonala i uzupełnia cnotę, która nosi to samo co on miano, cnotę męstwa. Z cnotą tą mamy do czynienia wówczas, gdy przezwyciężamy trudności przez wytrwałość i cierpliwość, przez nieustanne ćwiczenie w wyniku którego nasza dusza staje się silna i ufna, że nie poddaje się w obliczu trudności, lecz ją przezwycięża.
Cnota męstwa konieczna jest do wszelkich dobrych uczynków, ponieważ w tym życiu niczego prawdziwie dobrego nie osiągamy łatwo. Musimy ciężko pracować i to nie tylko przez kilka chwil, ale często przez długi czas – dlatego kluczem do sukcesu jest cnota cierpliwości i wytrwałości, są one warunkami niezbędnymi do zdobycia każdej cnoty, a nawet pomyślności materialnej. Jest to trudna cnota, cnota dla dusz prawdziwie mężnych – dlatego też nazywamy ją cnotą męstwa.
Jednak jako dzieci Boże poruszane przez Ducha Bożego posiadamy do czynienia dobra pomoc daleko doskonalszą, niż tylko nasza naturalna siła. Mamy coś więcej, niż prosta ufność, że cierpliwość ostatecznie doprowadzi nas do doskonałości. Mamy absolutną pewność, że nasz niebieski Ojciec strzeże nas i że pragnie naszego zbawienia bardziej nawet, niż my sami. Dlatego dar Męstwa daje naszym duszom nieugiętą gorliwość w praktykowaniu cnoty. Jest to główne lekarstwo na naszą naturalną apatię i letniość w służbie Bożej, gdyż dzięki niemu rozumiemy, iż jeśli posiadać będziemy łaskę Bożą, nie będzie dla nas rzeczy niemożliwych, że nie możemy przegrać, jeżeli Bóg będzie z nami.
Widzimy tę cnotę u wielkich świętych oraz w dziełach, jakie dokonywali oni dla Boga, w tym jak znosili wielkie cierpienia a nawet ubóstwo z radością, ponieważ wiedzieli, że cierpienia te nie są daremne, że są konieczne do osiągnięcia upragnionego celu. Spośród wszystkich darów, jakie posiadali, szczególnie potrzebny nam obecnie do obalenia panującego kultu przeciętności i umiłowania łatwizny jest właśnie dar Męstwa.
Kuzynka świętego Tomasza z Akwinu zapytała go kiedyś, w czasach gdy cieszył się on już wielkim poważaniem ze względu na swa uczoność i świętość, co trzeba czynić, by stać się świętym. Być może przypuszczała, że powinna przeczytać jakąś książkę czy oddać się jakiemuś szczególnemu nabożeństwu, a może nawet pościć kilka razy w tygodniu. Jednak święty Tomasz nie wymienił żadnej z tych rzeczy. „By być świętą – powiedział – musisz jedynie tego chcieć”. Oto dar męstwa: czynić to, chcieć tego. Bóg pragnie naszej świętości bardziej niż my sami i obiecał nam wszystkie środki konieczne do jej osiągnięcia. Brakuje tylko jednej rzeczy – naszej woli, by pełnić wolę Boga.
Dlatego, Drodzy Wierni, zakończmy tych kilka słów szczerą modlitwą o wzrost w cnocie i o dar Męstwa, by nasze dusze mogły być silne i mężne, zdolne do przezwyciężenia wszelkich przeszkód na drodze do sukcesu i doskonałości. A ponieważ Chrystus Pan obiecał: „Proście, a będzie wam dane”, możemy być pewni powodzenia, tego, że jeśli pozostaniemy wierni, cieszyć się będziemy razem z Nim wieczną szczęśliwością. Amen.
x. Jan Jenkins FSSPX
22.09.2010 r.; Józefów

[źródło: www.piusx.org.pl]