wtorek, 19 listopada 2013

"Dokąd prowadzi Taize?" - wykład Księdza Jana Jenkinsa.







Oto zapis wykładu: 
http://www.youtube.com/watch?v=PL62C7BWKtE


 
Ksiądz Jan Jenkins - „Dokąd prowadzi Taizé”.



Drodzy wierni, drodzy słuchacze,

We wielu parafiach w Polsce obserwujemy obecnie zjawisko, które do niedawna jeszcze było tu całkowicie nieznane. Zwłaszcza na terenach uniwersyteckich często zobaczyć można plakaty zapowiadające wyjazd na kolejne spotkanie do Taize. Czym jednak jest wspólnota z Taize i co oferuje ona młodym ludziom? Bez wątpienia jest to fenomen współczesny, coś o czym wzmianki nie znajdziemy ani w Ewangeliach ani w Tradycji Kościoła – czym więc ona jest i jakie są jej cele? O tym właśnie chciałbym dziś mówić – pragnę pokazać wam czym jest Taize i dokąd ono prowadzi. Ostatecznie, jeśli ktoś decyduje się na wyjazd do Taize powinien mieć jakieś pojęcie o tym, gdzie się udaje. Czym więc jest Taize i jakie są jego cele?

Taize wywiera wielki wpływ na współczesny Kościół, o czym świadczą nie tylko plakaty informacyjne, pielgrzymki i spotkania organizowane przez ten ruch, ale też fakt, iż wedle samego Benedykta XVI pieśni wykonywane w Taize rozbrzmiewały nawet w bazylikach rzymskich.

Możemy więc zadać sobie pytanie: jaki jest w skutek owych wpływów?  Dokąd prowadzi to katolików, którzy angażują się w ów ruch? Jaki ma to wpływ na Kościół katolicki? I w końcu: czy katolicy mogą rzeczywiście uczestniczyć w spotkaniach w Taize?

Historia Taize

Ci którzy słyszeli jedynie o Taize, nie wiedzą jednak zbyt wiele o tym ruchu, powinni zapoznać się nieco z jego historią.

Zwolennicy Taize podkreślają w swych materiałach fakt, iż nie stanowią oni w istocie ruchu, że Taize nie jest organizacją czy kościołem. Fundamentalna zasada wspólnoty Taize brzmi, że nie jest ona bynajmniej ruchem czy Kościołem i że osoby z nią związane powinny angażować się w pracę w obrębie swych własnych wspólnot wyznaniowych.

Fakty mówią jednak coś wręcz przeciwnego. Celowo lub nie, ludzie ci stanowią w istocie ruch oraz kościół zgodnie z grecką etymologią tego słowa – zwoływania zgromadzenia. Faktem jest, że gromadzą oni swych zwolenników na modlitwę, podobnie jak to czyni kościół. Faktem jest też, że rozpowszechniają informacje dotyczące własnej działalności, podobnie jak to czyni każdy inny ruch. Są więc oni bez wątpienia ruchem, organizacją, a nawet mają ambicję by stać się czymś więcej niż kościół. Za chwilę powiemy więcej czym jest ów kościół i jakie są jego ambicje – zacznijmy jednak od przedstawienia krótkiej historii Taize.

Historia ta związana jest nierozerwalnie z biografią założyciela wspólnoty, Rogera Schutza. Urodził się on w Szwajcarii jako najmłodsze z dziewięciorga dzieci pastora protestanckiego Charlesa Schutza oraz pochodzącej z Burgundii matki, wywodzącej się od hugenotów. W młodości był podobno bardzo pobożny i wskutek znajomości z wieloma dobrymi katolikami czuł pewien pociąg do katolicyzmu.

Studiował teologię w Lozannie i Fryburgu, zgodnie z życzeniem i wolą swego ojca, który pragnął by w przyszłości został on pastorem protestanckim. Podczas II wojny światowej zaangażował się w działalność szwajcarskiego Ruchu Studentów Chrześcijańskich, należącego do Światowej Federacji Studentów Chrześcijańskich, międzywyznaniowego i ekumenicznego ruchu młodzieżowego, który stanowił prawdopodobnie później inspirację dla założenia wspólnoty z Taize.

Jednakże w trakcie swych studiów oraz pod wpływem znajomych Schutz zaczął doceniać i podziwiać wiele elementów katolicyzmu, między innymi monastyczny ideał życia wspólnotowego. Napisał również wiele książek broniących życia monastycznego jako całkowicie zgodnego z Pismem Świętym. Podziwiał też liturgię Kościoła katolickiego i starał się naśladować ją w codziennych modlitwach. Jego poszukiwanie prawdy doprowadziło go nawet do uznania oraz wcielenia we własnym życiu ideału celibatu.

Jako protestant był on świadkiem niekończących się konfliktów będących skutkiem prywatnej interpretacji Pisma Świętego i gorąco pragnął położyć ostateczny kres wszystkim tym różnicom i sporom pomiędzy różnymi denominacjami protestanckimi. Z tego powodu od swych młodzieńczych lat angażował się w działalność licznych organizacji pan-chrześcijańskich, których celem było wypracowanie jakiegoś rodzaju jedności pomiędzy protestantami. W udzielonym pod koniec życia wywiadzie, wspominając motywy, które doprowadziły go do założenia wspólnoty z Taize powiedział, że to chodziło mu przede wszystkim o zasypanie podziałów między chrześcijanami.

„Byłem zdumiony widząc chrześcijan mówiących o Bogu miłości, a równocześnie marnotrawiących tak wiele energii na usprawiedliwianie swych sprzecznych wzajemnie poglądów. I powiedziałem sobie: Czyż może być coś skuteczniejszego dla przepowiadania Chrystusa niż prowadzenie życia, w którym każdego kolejnego dnia dokonuje się konkretne pojednanie?”

Tak więc już w latach studiów w umyśle jego zrodził się pomysł założenia wspólnoty, która koncentrowałaby się na „pojednaniu” między chrześcijanami, stanowiącej pomost pomiędzy wszelkiego rodzaju denominacjami. Celem było zminimalizowanie różnic poprzez spotkanie i koncentrowanie się raczej na tym co łączy, niż na tym, co dzieli.  Podczas II wojny światowej, w roku 1940, Roger Schutz udał się do Francji, by nieść pomoc swej rozdartej wojną ojczyźnie. Nieopodal wielkiego klasztoru w Cluny, zniszczonego podczas rewolucji francuskiej, założył wówczas swą nową wspólnotę - w małym miasteczku Taize, od którego wzięła ona później swą nazwę. Podczas wojny przyjmował uchodźców politycznych, wśród których było wielu skazanych na wygnanie Żydów. Po dwóch latach złożono na niego donos na policję i zmuszony był uciekać do Genewy, gdzie spotkał wkrótce kilku młodych mężczyzn którzy czytali jego broszurę o życiu wspólnotowym i byli gotowi przyłączyć się do niego.

Po wojnie tytułujący się obecnie „bratem Rogerem” Schutz pomagał niemieckim jeńcom wojennym przetrzymywanym w obozach nieopodal Taize. Jego wspólnota rozrosła się do siedmiu braci, którzy prowadzili skromne życie i w roku 1949 złożyli śluby celibatu oraz życia wspólnotowego – wszyscy oni byli protestantami. W pewien sposób życie jakie wybrali oraz złożone przez nich śluby pozostawały w bezpośredniej sprzeczności z naukami Marcina Lutra, tak więc można by oczekiwać, że kolejnym logicznym krokiem będzie ich powrót na łono Kościoła katolickiego.

Jeśli czyta się biografię Rogera Schutza, nawet pisaną przez jego apologetów, nieuchronnie nasuwa się wniosek, że normalne działanie łaski doprowadziłoby go ostatecznie do Kościoła katolickiego. Z pewnością miał on dobrą wolę, był bardzo szlachetny i pobożny, prowadził zaś życie benedyktyńskiego mnicha. Byłoby czymś naturalnym i logicznym, gdyby wspólnota jego stała się kolejnym zgromadzeniem zakonnym w ramach Kościoła katolickiego. By odnaleźć to, czego poszukiwał, potrzebował on jedynie Magisterium oraz Tradycji Kościoła. Zgromadzenia zakonne niejednokrotnie zakładane były przez konwertytów, przykładem mogą być Misjonarze Ducha Świętego, zgromadzenie założone przez nawróconego z judaizmu syna rabina – czcigodnego Libermanna. Do zgromadzenia tego należał również abp Lefebvre.

Jednakże - i jest to być może najtragiczniejsze w historii Taize - Kościół nie chciał tego rodzaju nowych zgromadzeń zakonnych, jako że sam przyjął obecnie całkowicie inną perspektywę. Po II Soborze Watykańskim nie było już miejsca na konwersje, ale jedynie na dialog. Tak więc zamiast postępować wedle tchnienia łaski, co doprowadziłoby do nawrócenia członków tej wspólnoty, ich szlachetność i wspaniałomyślność zdradzona została przez najwyższą hierarchię Kościoła.

Biografowie stwierdzają jednoznacznie, że przed II Soborem Watykańskim członkowie owej wspólnoty pragnęli porzucić swe błędy i prosili o przyjęcie do Kościoła katolickiego. Wówczas jednak otrzymali od jego władz zdumiewającą odpowiedź: „Nie, poczekajcie. Po soborze staniecie się mostem pomiędzy katolikami a protestantami”. Odmówiono im kanonicznego powrotu do Kościoła, ponieważ władze jego nie chciały, by stali się katolikami, ale by byli rodzajem mostu pomiędzy katolikami a protestantami.

Odpowiedź ta oznaczała, że hierarchowie owi pragnęli czegoś innego niż Kościół katolicki, czegoś „mniej inkluzywnego” czy też „szerszego” i jak napisali: „nie związanego z żadną tożsamością wyznaniową”. Zamiast starać się o jedność Kościoła poprzez zapraszanie swych zagubionych synów do owczarni Chrystusowej, zapragnęli stworzyć nowy rodzaj owczarni, która skupiałaby w sobie wszystkich chrześcijan. Zamiast obdarzyć wspólnotę z Taize łaską przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa - Kościoła katolickiego sprawili, iż stała się ona elementem nowego planu oraz nowej wizji, który wedle ich własnych słów „uwzględniałby bardziej autentyczną wizję pojednania wszystkich denominacji”.

Tak więc po II Soborze Watykańskim wspólnota z Taize rozpoczęła swa nową misję - i stając się stopniowo coraz bardziej wpływową zaczęła pracować nie dla Kościoła katolickiego, ale wykorzystywała jego autorytet dla realizacji nowej ekumenicznej wizji wyrażonej przez Vaticanum II. Niestety , owa nowa ekumeniczna wizja nie jest ani katolicka, ani nie prowadzi do Kościoła katolickiego. Co więcej: zarówno w swej genezie jak i skutkach jest ona w istocie antykatolicka a nawet destrukcyjna dla religii w ogóle.

„Jak to?” - zapytacie jednak. Czyż sam Zbawiciel nie modlił się, aby wszyscy Jego uczniowie stanowili jedno, jak jedno stanowi On sam ze swym Ojcem? Czyż nie powinniśmy koncentrować się raczej na tym, co nas łączy, niż na tym, co nas dzieli? Co jest złego w istnieniu międzywyznaniowej wspólnoty, w której wszyscy żyją w zgodzie, bez waśni i żadnych barier? Co dobrego wynika z uwypuklania wszystkich tych różnic wiary – czy nie moglibyśmy po prostu zapomnieć o tym i iść naprzód? Co złego jest w tej wizji ekumenizmu?

Problem doktrynalny

Zastanówmy się jednak nad całą tą koncepcją wspólnoty międzywyznaniowej i zobaczmy co ona za sobą pociąga. Zgodnie z ideą ekumenizmu rodzaj ludzki, a zwłaszcza chrześcijanie, powinni stanowić jedno, a wszelkie podziały jakie miały miejsce w historii, zwłaszcza podziały w obrębie chrześcijaństwa, stanowią wielkie zgorszenie zarówno dla tych, którzy chrześcijanami nie są, jak i dla samych chrześcijan. Wedle brata Rogera oraz ludzi o podobnych mu przekonaniach ów brak jedności czy też podziały między chrześcijanami stanowią przeszkodę w głoszeniu Ewangelii.

Cóż, nie ulega wątpliwości że nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus pragnął, by Jego Kościół był jeden - i rzeczywiście ustanowił dla nas jeden Kościół: „Ty jesteś Piotr - Opoka i na Opoce tej zbuduję Kościół Mój” (Mt 16, 18). Zwróćmy uwagę, że Chrystus Pan mówi tu o jednej opoce – w liczbie pojedynczej oraz o jednym Kościele. Pan Jezus modlił się również za swych Apostołów, by stanowili oni jedno, podobnie jak jedno stanowi On sam ze swym Ojcem Niebieskim:

„Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy” (J 17, 20-22).

Chrystus Pan podkreśla w sposób szczególny, że mogą oni stanowić jedno jedynie ze względu na swą wiarę oraz dzięki zjednoczeniu z Nim samym. Zbawiciel mówi jednak również o tych, którzy nie uwierzą w Niego i nie będą mieli udziału z Nim, ale zostaną wrzuceni w ogień wieczny. Stwierdza też, że ten kto nie wierzy już został potępiony (Mk 16, 16). Tak więc widzimy, że istnieje pewien naturalny podział na tych którzy wierzą, a niewiernymi, na tych, którzy otrzymają życie wieczne oraz tych, którzy zostaną potępieni. Podział na tych, którzy wchodzą do życia wiecznego oraz tych, którzy są odrzuceni i potępieni ma fundamentalne znaczenie dla samej idei chrześcijaństwa.

Zbawiciel nie obiecał bynajmniej, że wszyscy którzy będą Go podziwiać lub naśladować będą Mu prawdziwie wierni. Co więcej, powiedział nawet, że nie wszyscy spośród tych, którzy mówią „Panie, Panie, wejdą do Królestwa Niebieskiego, ale ten który czyni wolę Ojca Mego, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Zbawiciel zaręcza wręcz, że pojawią się zgorszenia, że są one de facto czymś koniecznym dla rodzaju ludzkiego: „Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 7).

Chrystus Pan zapowiedział, że będą istniały między ludźmi podziały, jako naturalna konsekwencja dokonywanych przez nich wyborów. Co więcej, zapowiedział nawet, że podziały te pojawią się wewnątrz rodzin:

„Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej” (Łk 12, 51-53).

Tak więc Pan Jezus mówi jasno, iż nie przyszedł by dać nam ziemski pokój, ale raczej by przynieść rodzajowi ludzkiemu pokój z Bogiem: „Pokój zostawiam wam, pokój Mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję” (J 14, 27). Mówi nawet bardziej jeszcze jednoznacznie, że nie modli się za świat, ale jedynie za tych, którzy wierzą w Niego: „Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi” (J 17, 9).

Wszelkie inicjatywy na rzecz ziemskiego pokoju z konieczności skazane są na niepowodzenie, jako że sam Chrystus go nie pragnie i nie modli się o niego. Pismo Święte stwierdza nawet, że bojowaniem jest żywot człowieka na ziemi (Job 7, 1) – jest wojną toczona przez diabła przeciwko duszom, które pragną uratować się w dzień sądu. Jedynym prawdziwym pokojem jest pokój jaki daje Chrystus, pokój który pochodzi od zwycięstwa nad światem, ciałem oraz szatanem.

Również św. Paweł powtarza to nauczanie Zbawiciela, pisząc iż pomiędzy chrześcijanami pojawią się herezje oraz rozłamy, co więcej – stwierdza nawet, iż jest to czymś koniecznym: „Zresztą nawet muszą być wśród was rozdarcia, żeby się okazało, którzy są wypróbowani” (1Kor 11, 19). Prawda z samej definicji wyklucza wszelki błąd, tak więc przez sam fakt iż ktoś głosi prawdę odrzuca błąd oraz fałsz.

Chrześcijanin nie ma być przyjacielem świata, gdyż sam Chrystus Pan nie wstawia się światem ani nie szuka z nim przyjaźni. Św. Jakub pisze: „Cudzołożnicy, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Jeżeli więc ktoś zamierzałby być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jkb 4, 4).

Tak więc widzimy, że fundamentalna teza ruchu ekumenicznego, owo dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w pokoju, musi być nieuchronnie skazane na niepowodzenie i nigdy nie może się urzeczywistnić. Po prostu nie jest to nauka Chrystusa Pana, On sam też niczego takiego nie obiecywał. Zbawiciel zapowiedział nam prześladowania i cierpienia, jakie znosić będziemy musieli dla Jego Imienia, zbawienia zaś dostępujemy jedynie przez Krzyż, a nie dzięki jakiemuś nieokreślonemu pokojowi.

Nawet sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nie da się zadowolić wszystkich ludzi równocześnie – z konieczności muszą pojawiać się między nimi podziały – nikt bowiem nie jest doskonały.

Pan-Chrześcijaństwo

A jednak mógłby ktoś powiedzieć, że Chrystus Pan prawdziwie obiecywał pokój swym uczniom i modlił się z Apostołami, by pozostali oni zjednoczeni tak, jak On sam zjednoczony jest z Ojcem (J, 17, 21). Podobnie św. Paweł pisze, że Mistyczne Ciało Chrystusa również musi być utrzymywane w jedności przez miłość: „ by nie było rozdwojenia w ciele, lecz żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem” (1Kor 12, 25). Zbawiciel mówi, że cechą rozpoznawczą Jego uczniów jest właśnie wzajemna miłość: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35). Wydawać by się mogło więc, iż winniśmy nieustannie starać się o umacnianie więzi jedności pomiędzy uczniami Chrystusa. Jeśli pokój na świecie jest niemożliwy, czy nie może on istnieć przynajmniej miedzy chrześcijanami?

Główna zasada wspólnoty z Taize brzmi: podkreślajmy raczej to, co nas łączy, zamiast koncentrować się na tym, co nas dzieli. Budujmy wspólnie lepsze społeczeństwo współpracując w tym co nas łączy i pomagajmy sobie wzajemnie stawać się coraz doskonalszymi wyznawcami religii, w których zostaliśmy wychowani. Na takiej właśnie naiwnej idei opiera się cała ta filozofia.

Mortalium animos

Wiemy jednak, drodzy wierni, że jeśli Bóg przemówił do nas (a możemy udowodnić iż tak rzeczywiście było), naszym obowiązkiem jest okazywać posłuszeństwo Bożemu Objawieniu. Zbawiciel założył swój Kościół właśnie po to, by zjednoczyć wszystkie dusze pod swym panowaniem – a Kościół ten jest jeden. Cechę tę wyrażają szczególnie dobitnie słowa św. Pawła: „Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest” (Ef 4, 5). Tak więc ci, którzy pragną być nazywani chrześcijanami muszą stanowić część owego jednego Kościoła Chrystusowego. Muszą również wyznawać ową jedną wiarę, która pochodzi od Apostołów i podlegać tej samej władzy, o której Chrystus Pan mówi: „ Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). Dlatego właśnie człowiek który odłącza się od Kościoła gardzi jasno wyrażoną wolą Zbawiciela i przestaje być w istocie chrześcijaninem, nawet jeśli w dalszym ciągu tak się określa.

Nie można twierdzić, by Kościół katolicki oraz chrześcijanie nie należący do niego mieli ze sobą coś wspólnego – poza pewnymi cechami bardzo powierzchownymi. Z samej definicji protestant różni się od członków Kościoła tym, iż zachowuje swe własne zdanie w kwestiach wiary. Jest protestantem nie dlatego, że ma coś wspólnego z Kościołem, ale dlatego że pragnie się od niego odłączyć i odseparować. Nikt jednak nie dostępuje zbawienia poprzez wiarę w swe własne opinie, ale jedynie wówczas, gdy wiara jego zgodna jest z tym, co przekazał nam nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Co więcej, różnice zapatrywań pomiędzy różnymi sektami są tak liczne, iż nie sposób przyjąć ich wszystkich równocześnie bez zanegowania zasady niesprzeczności. Katolicy wierzą w siedem sakramentów, jednak w przypadku denominacji protestanckich każda grupa wierzy w inną ich liczbę – a niekiedy negują je w ogóle.

Budowa lepszego społeczeństwa, czy nawet poszukiwanie wzajemnego zrozumienia, wymaga budowania na jasnych i konkretnych prawdach. Na przykład bardzo praktyczne kwestie, jak: co będziemy robili w niedzielę - zależą całkowicie od naszych przekonań. Dla katolików jest to dzień w którym należy powstrzymać się od pracy i iść na Mszę. Wyznawcy innych sekt i denominacji nie wierzą często nawet w Mszę, a niektórzy z nich za dzień odpoczynku uważają sobotę. Jak można zbudować coś spójnego wobec tak sprzecznych przekonań odnośnie obowiązków moralnych?

Nie można też twierdzić, że pewne prawdy wiary są ważniejsze niż inne, tak że można by jedne z nich uwypuklać inne zaś lekceważyć. Kto miałby decydować, co jest bardziej a co mniej ważne? A co ważniejsze - kto dał mu władzę rozstrzygania o ich znaczeniu? Jeśli usunie się Magisterium Kościoła, który posiada dane mu przez Boga upoważnienie do nauczania i sądzenia, pozostanie jedynie anarchia prowadząca do coraz to nowych podziałów. Z samej swej natury Taize nie działa więc na rzecz żadnej jedności – prawda jest wręcz przeciwna, wspólnota ta promuje bowiem wszelkie rodzaje podziałów i wypaczeń prawdziwego nauczania Chrystusa Pana.

Jedynym sposobem, by zaakceptować tę zasadę o różnych stopniach znaczenia doktrynalnego, innymi słowy tezę, iż jedne prawdy wiary są ważniejsze niż inne i możemy dowolnie między nimi wybierać byłoby przyznanie, że wszystkie te doktryny pochodzą tak naprawdę od człowieka i dlatego może je on traktować wedle swej woli. Oznaczałoby to, że wszystkie doktryny różnych wspólnot nie pochodzą w istocie od Chrystusa ale są wytworem ludzkim – a w konsekwencji za opinię ludzką trzeba by uznać nawet doktrynę katolicką.

Gdyby była to prawda, musielibyśmy przyznać, iż obietnica Zbawiciela, iż Jego słowa nie przeminą, że bramy piekielne nie przemogą Jego Kościoła, nie spełniła się. Sama idea jednoczenia różnych denominacji jest niesłychanie destrukcyjna dla całej religii chrześcijańskiej. W istocie niewiele różni się to od ateizmu, który również twierdzi, iż wszystkie wyznania się w istocie wytworami ludzkimi.

Jest nawet czymś gorszym od ateizmu, prowadzi bowiem do pewnego rodzaju schizofrenii i usiłowania godzenia ze sobą opinii całkowicie się wykluczających. Jest to wręcz rodzaj choroby umysłowej – jak bowiem inaczej określić moglibyśmy usiłowanie traktowania każdej opinii jako prawdziwej czy przypisywanie sobie autorytetu samego Boga i decydowanie w co należy wierzyć a w co nie.

Konsekwencje moralne

Zastanówmy się jednak nad kwestią bardziej praktyczną: czy katolicy mogą uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez wspólnotę z Taize oraz promować w jakikolwiek sposób jej działalność?

Po pierwsze zaznaczyć trzeba, że nawet jeśli dałoby się powiedzieć coś dobrego o praktykach, modlitwach czy muzyce wspólnoty z Taize, nie oznaczałoby to jeszcze, iż są to praktyki stosowne dla katolików. Fakt, iż wspólnota ta chwalona była przez kilku papieży nie oznacza jeszcze, że jej praktyki są katolickie.

Powinniśmy również powiedzieć wyraźnie, że wspólnota z Taize nie jest formalnie w jedności z Kościołem katolickim ani z papieżem – co więcej, nie ma wcale takiej intencji. W istocie członkowie jej podkreślają z dumą fakt, że nie są związani z żadną konfesją – uczynili z tego niejako swą cechę charakterystyczną.

Brat Roger zawsze utrzymywał, iż nigdy nie porzucił wiary protestanckiej i nigdy nie uważał się za członka Kościoła katolickiego.

Kodeks Prawa Kanonicznego jasno przedstawia nam obowiązki katolika. Kanon 210 stwierdza, że „wszyscy wierni chrześcijanie muszą starać się prowadzić święte życie oraz przyczyniać się do wzrostu Kościoła oraz jego nieustannego uświęcenia, stosownie do swego stanu życia”. Tak więc chrześcijanom nie każe się działać na rzecz budowy jakiego mętnego i bliżej nieokreślonego „chrześcijaństwa”, ale pracować dla wzrostu Kościoła. Królestwem Bożym jest Kościół – jeden i katolicki. Mamy więc obowiązek pracować dla wzrostu Kościoła katolickiego – przez osobisty przykład i cnotliwe życie.

Nie sposób zrozumieć, w jaki sposób angażowanie się w promowanie bezwyznaniowego, ekumenicznego ruchu miałoby prowadzić do wzrostu Kościoła katolickiego. Taize świadomie unika wszelkich więzów konfesyjnych i nie stara się o formalną jedność z Kościołem.

Musimy też pamiętać, że mamy obowiązek (oraz prawo) zdobywać coraz lepszą znajomość doktryny chrześcijańskiej, a nawet bronić jej publicznie stosownie do naszego stanu życia. Jak jednak można twierdzić, że żyje się wedle doktryny katolickiej oraz głosi się ją i broni, jeśli równocześnie należy się do organizacji, która celowo stara się pomniejszać znaczenie specyficznie katolickich prawd wiary?

Zwłaszcza kapłani mają obowiązek nauczania wiary katolickiej w całej jej integralności, a nie jedynie tych jej punktów, które osobiście uważają za ważne. Trzeba też zauważyć, że pomijanie pewnych elementów doktryny, które mogłyby być „kłopotliwe” czy „trudne do przyjęcia” dla innych jest po prostu nieuczciwością. Z pewnością roztropność duszpasterska wymaga stopniowego doprowadzania innych do przyjęcia całego depozytu wiary, podobnie jak nauczyciel musi do pewnego stopnia dostosować się do zdolności pojmowania swych uczniów – jednak pomijanie pewnych elementów doktryny całkowicie oznaczałoby poważne zaniedbanie obowiązku. Nie można osładzać prawd wiary ani wynikających z niej obowiązków. Rzeczywistość jest nauczycielem znacznie bardziej brutalnym.

Przykładowo: nie wspominanie o konieczności korzystania z sakramentu pokuty tym, którzy popełniają grzech z tego jedynie powodu, iż mogłoby to „urazić ich sumienie” przypomina postępowanie nauczyciela fizyki, który nie nauczałby o grawitacji, ponieważ ludzie mogliby upaść i zrobić sobie krzywdę. To właśnie dzięki nauczaniu ważnych i częstokroć trudnych prawd dusze ratowane są przed katastrofą.

Duszpasterze mają obowiązek nauczać wiary katolickiej, a nie głosić jakieś mętne pan-chrześcijaństwo. Materiały oraz modlitwy wspólnoty z Taize są ze swej natury mętne, dwuznaczne i komponowane w taki sposób, by unikać promowania jakiejś konkretnej denominacji, a zwłaszcza wiary katolickiej. W istocie w szczególny sposób starają się one nie promować właśnie katolicyzmu. W rzeczywistości wspólnota z Taize nie różni się niczym od innych grup protestanckich, które poszukują jedności innej niż ta, która bierze się z wyznawania jedynej prawdziwej wiary.

Tak więc zachęcanie ludzi do wyjazdów do Taize jest de facto zachęcaniem ich, by stali się protestantami. Oznacza zachęcanie ludzi do ignorowania dogmatów wiary, których wyznawanie konieczne jest do zbawienia, nakłaniając ich równocześnie do budowania życia duchowego bez prawdy. Kiedy próbujemy budować życie duchowe bez dogmatów, w najlepszym razie grozi nam popadnięcie w sentymentalizm, w najgorszym zaś w prawdziwy obłęd.

Nie można stać się świętym ignorując równocześnie kwestie doktrynalne. Wszystko co uważamy za dobre pozostaje w relacji do pewnych norm czy standardów wiary – to nasza wiara stanowi fundament dla naszych czynów i to nasza wiara jest początkiem naszego usprawiedliwienia. Traktowanie wszystkich wyznań jednakowo oznacza de facto zanegowanie samego pojęcia prawdy – gdyby bowiem wszystkie religie głosiły różne rzeczy, a równocześnie wszystkie były prawdziwe, wówczas prawda jako taka nie istniałaby, byłaby jedynie słowem pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia.

Kiedy czyta się świadectwa ludzi, którzy osobiście jeździli do Taize, uderzają nas w nich przede wszystkim dwa fakty:

Często mówią oni o prostocie życia, o warunkach biwakowych i bezpośrednich kontaktach z innymi ludźmi. Samo to nie jest w sobie złe i częstokroć ludzie uważają, że odbywają w ten sposób jakieś ćwiczenia duchowe, podczas gdy w rzeczywistości odrywają się jedynie na jakiś czas od telewizorów i mają trochę czasu na rozmyślanie w ciszy i milczeniu. Już samo to mogłoby przynieść wielką korzyść rzeszom współczesnej młodzieży, której codzienne życie toczy się w nieustannym hałasie i koncentruje się na rzeczach powierzchownych. Musimy jednak jasno powiedzieć, że nie jest to duchowość ani nawet jej początki – jest to po prostu oderwanie się od zgiełku i prowadzenie bardziej ludzkiego życia przez kilka kolejnych dni.

Można by argumentować, że każda prawdziwa pielgrzymka przynosi te same zbawienne skutki, pozwalając na głębszy kontakt z rzeczywistością. Niebezpieczeństwo Taize polega na tym, że przedstawia ono sam powrót do natury jako rodzaj doświadczenia religijnego, co jest fałszem. Powrót do życia bardziej zgodnego z naturą człowieka jest z pewnością czymś wspaniałym, niekoniecznie zbliża go jednak do Boga. Wielu bałwochwalców jest równocześnie miłośnikami natury.

Inną rzeczą, o której wspominają wszyscy pielgrzymi do Taize, są wykonywane tam pieśni. To właśnie dzięki nim wspólnota ta zyskała w znacznym stopniu swą popularność oraz wpływy. Co jednak ciekawe, jeśli wejdzie się na stronę internetową tej wspólnoty i posłucha owych nagrań odkryje się, że 90 procent z nich wykonywanych jest po łacinie. W większości oparte są one na chorałach gregoriańskich, czyli na śpiewie Kościoła katolickiego. Wiele z nich skomponowanych zostało w stylu szesnastowiecznej muzyki sakralnej. We wielu przypadkach można by nawet mówić o plagiatach – choć autorzy dostosowali te śpiewy w taki sposób, by stały się one bardzie przystępne dla ucha współczesnego człowieka. Trzeba też zauważyć, że brat Alois, jeden z głównych aranżerów tej muzyki, był przed dołączeniem do wspólnoty z Taize katolikiem.

To naprawdę przygnębiające, że dzisiejsza młodzież musi udawać się do Taize by słuchać muzyki, która zaledwie 50 lat temu rozbrzmiewała we wszystkich katolickich kościołach. Obecnie w świątyniach naszych wykonywane są prostackie i banalne kompozycje, mało mające wspólnego z sacrum, nic więc dziwnego, że młodzi ulegają urokowi wykonywanych w Taize pieśni i znajdują w nich pewien rodzaj pokarmu duchowego. Dla tych dusz, zmuszonych żyć na co dzień w jałowej atmosferze nowej Mszy, może to rzeczywiście stanowić pewien urok.

Istnieje pewna legenda o fleciście z Hameln, który muzyką swą ściągnął zgubę na młodzież swego miasta. Istnieje też mit o Orfeuszu, który potrafił oczarować całe stworzenie swą muzyką. Nie ulega wątpliwości, iż muzyka wywiera potężny wpływ na psychikę ludzką. Chorał gregoriański posiada wielką siłę oddziaływania a polifonia sakralna towarzyszyła liturgii katolickiej przez wiele stuleci. Gdyby przywrócono jej należne miejsce młodzi nie musieliby podążać za fletnistą nad przepaść dezorientacji doktrynalnej i łatwo byłoby wyprowadzić ją z mroków ignorancji oraz błędu.

Wiele osób, które były osobiście w Taize pisze również o tym, iż doświadczyły „większej potrzeby poszukiwania i zawierzenia” , co praktyce nie oznacza kompletnie nic. Przez sam fakt, iż wspólnota ta pragnie być międzywyznaniową wyklucza ona jakiekolwiek poszukiwanie głębszego zrozumienia prawd wiary, proponując zamiast tego nieokreślne i niejasne pojęcie ufności i zawierzenia. Ludzie opuszczają Taize pełni entuzjazmu, jednak bez jasnego wyobrażenia o własnych obowiązkach religijnych, a entuzjazm ich szybko znika lub wykorzystywany jest dla różnych podejrzanych celów.

Ostatnią cechą Taize, która jest zdecydowanie niekatolicka, jest mające tam miejsce nadużycie polegające na udzielaniu Komunii św. niekatolikom. Zgodnie z panującą tam praktyką w niedzielę Komunia św. udzielana jest każdemu, kto wierzy iż obecne są w niej Ciało i Krew Pańska, bez względu na wyznanie. Wszystkie te wyznania mają jednak całkowicie różne rozumienie Komunii. Anglikanie postrzegają ją po prostu jako symbol, luteranie uważają, że Chrystus Pan obecny jest wraz z chlebem i winem etc. Twierdzi się, że papież zezwolił na tę praktykę w roku 1986, faktem jest jednak że sam papież osobiście wyraźnie zakazał jej w dokumencie Redemptoris Sacramentum. Bracia z Taize podkreślają też, że Msza sprawowana jest zwłaszcza dla pielgrzymów z krajów Europy Wschodniej, którzy byliby sfrustrowani, gdyby w niedzielę nie mogli w niej uczestniczyć. Jeśli jednak jest to Msza, należy podczas niej przestrzegać katolickiej dyscypliny sakramentalnej. Jest to niestety tylko jedno z wielu nadużyć, jakie
mają miejsce w Taize ze względu na ich rażące lekceważenie przez tą wspólnotę zakazu communicatio in sacris.

Konkluzja

Tak więc konkludując możemy bez wahania stwierdzić, że cały ruch Taize nie jest w żaden sposób katolicki ani nie respektuje doktryny Kościoła, co więcej – nie ma on takiej intencji. Nie tylko praktykuje on indyferentyzm religijny, ale też czynnie go propaguje. W tej sytuacji katolikom absolutnie nie wolno angażować się w tego rodzaju inicjatywy. Taize stanowi ogromne zagrożenie dla wiary katolickiej, promuje bowiem indyferentyzm religijny i w sposób świętokradczy udziela sakramentów. Co grosza, usiłując połączyć ze sobą wszystkie konfesje, propaguje w ten sposób rodzaj religijnej schizofrenii.  Wiele pisało się o Taize przy okazji uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II, w których uczestniczył osobiście brat Roger - a nawet otrzymał Komunię św. z rąk ówczesnego kardynała Ratzingera. Niektórzy usprawiedliwiali to twierdząc, że przeszedł on potajemnie na katolicyzm. Jednak on sam natychmiast zdementował te plotki, a wspólnota z Taize energicznie protestowała przeciwko tego rodzaju
sugestiom. Wielu publicystów usiłowało dojść, jaką religię w istocie wyznawał Roger Schutz – ostatecznie jednak jedynym nasuwającym się wnioskiem musi być, że wyznawał on religię stworzoną przez siebie samego, posiadał własną wizję która mało miała wspólnego z tym, co nazywamy wiarą, jako że odpowiadała ona jego własnym pragnieniom, a nie woli Boga.

Hinduiści mówią o tak zwanej „karmie”, będącej rodzajem poetyckiej sprawiedliwości, która przenika wszechświat i w pośredni sposób doprowadza wszystkie rzeczy do pierwotnego ładu. Nie ulega wątpliwości, że sprawiedliwość Boża działa niekiedy w sposób tajemniczy. Brat Roger zmarł w tragicznych okolicznościach, zasztyletowany przez chorą psychiczniekobietę cierpiącą na schizofrenię. Z pewnością nie był on winny jej choroby, jest jednak coś znamiennego w fakcie, iż człowiek nie zdający sobie sprawę ze swych czynów odbiera życie innemu człowiekowi, który nie wie kim w istocie jest. Dla duszy takiej możemy jedynie błagać Boga o miłosierdzie, gdyż faktem jest, iż został on wykorzystany przez hierarchię oraz skażony jej fałszywym ekumenizmem.

Pojednanie jest szlachetnym celem – a tym bardziej pojednanie całego rodzaju ludzkiego. Jest jednak tylko jedna Osoba, która może pojednać nas z Bogiem a poprzez Boga ze wszystkimi innymi – a jest nią nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Jedynie przez wierność Jego nauce w całej jej integralności możemy dostąpić zbawienia, nie w żaden inny sposób. Podziały między ludźmi mają jedno tylko źródło, a jest nim grzech. Jedynie poprzez sakramenty Chrystusa Pana grzechy te mogą zostać nam odpuszczone, a jedyną arką zbawienia jest Kościół katolicki. Nie może być prawdziwej jedności między ludźmi, aż wszystkie dusze zjednoczone będą z Kościołem, dzięki łasce samego Zbawiciela.

Tak więc, drodzy przyjaciele, nie módlmy się o jakieś nieokreślone i bezsensowne pojednanie, ani o jakiś rodzaj przyszłej międzyludzkiej solidarności, co jest nie tylko absurdalne ale i destrukcyjne dla prawdy, ale raczej o nawrócenie grzeszników, o nawrócenie heretyków oraz powrót zagubionych do owczarni Jezusa Chrystusa – Dobrego Pasterza – który jest drogą, prawdą i życiem.

[Źródło: forum.piusx.org.pl ].